Miał być dzień wolny, święto narodowe, odpoczynek – a wyszedł dzień irytacji; no, bądźmy uczciwi, pierwsze dwie trzecie dnia. Na “dobry” początek głupie proxy z uniwersytetu nie chciało pozwolić na oglądanie meczu siatkówki via net – no to chyba tyle sobie pooglądałam IO i dobre rady pana Piotra D. się zmarnują. Liczę tylko na to, że jak już nasi wyjdą z grupy (spróbowaliby nie wyjść), to bedzie ich można w normalnej telewizji obejrzeć (nawet w knajpie jakiejś). Nic, trzeba się obejść smakiem, ale człowiekowi zawsze przykro jak się nastawi, a coś nie wypali.
Potem jak stwierdziłam, że już wyjdę pozwiedzać, to oczywiście się rozpadało. Nie taki pięciominutowy niby-deszczyk, prawdziwa ulewa. A jako że gorąco było jak zwykle, to wszystko co spadało na ziemię, natychmiast parowało i człowiek dostawał wodą z dwóch stron. Po prostu super.
Oczywiście w miescie korków na urozmaicenie dnia nie mogło ich zabraknąć. Już nigdy nie powiem, że w Krakowie są korki, u nas są koreczki, korunie, a nie takie mega-korki jak tutaj. Przez godzinę pokonaliśmy niesamowitej długości odcinek, który tak na oko przeszłabym w tym czasie tam i z powrotem, a może i zaczęłabym drugie “tam”. Pewnie i skończyłoby się na przejściu piechotą, ale nie chciało mi się moknąć w ulewie. Tak że gotowałam się w środku i bluzgałam sobie bezgłośnie, a czasem i szeptem; przez klimatyzację i tak niczego nie było słychać, zresztą, kto tu rozumie język polski
.
Jak już wysiadłam z autobusu i zdążyłam zmoknąć po drodze do Muzeum Narodowego, to się okazało na miejscu, że dziś zamknięte (bo święto narodowe). Oczywiście jadąc tam rozważałam taką możliwość, ale po cichu liczyłam na weekendowe godziny otwarcia. Na dodatek panowie przy bramie muzeum wyglądali na bardzo rozbawionych moim widokiem (taka zmokła kura z braku parasola okutana w czerwony szal, też już przemoczony; doprawdy, nie wiem co w tym zabawnego), więc ciśnienie mi się podniosło o kolejnych kilka mm Hg i podreptałam na Khao San mamroczac, że jak z powodu deszczu kramy będą zamknięte, to już strzelę sobie w łeb na miejscu (pytanie, z czego).
Na szczęście nie doceniłam potęgi handlu i turystyki; wszystko było na miejscu – i sklepik z pysznymi koktajlami owocowymi, i kramy (choć w większości pozakrywane prowizorycznie przezroczystą folią), i masa turystów. Zaczęło się też przejaśniać, więc wędrując między straganami trochę obeschłam; nabyłam też okazyjnie grubaśny przewodnik do Tajlandii, który na pewno mi się przyda w dalszych wojażach, a pyszny naleśnik z bananami całkowicie utwierdził mnie w przekonaniu, że dziś będzie już tylko lepiej.
Z okazji urodzin królowej nie było jakichś wielkich uroczystości (plotki o fajerwerkach też się nie potwierdziły, a szkoda). Na Khao San zahaczyłam o jakiś występ artystyczny z tej okazji, potem podziwiałam udekorowane złotymi lampkami centrum i tyle; niemniej spacerek po “starym mieście” Bangkoku był bardzo przyjemny.




