We just sit and listen to the beep*

Mija pierwszy tydzień anestezjologii – raz na wozie, raz pod wozem; czasem trafi się taki fajny doktor, co pozwoli i powentylować przez maskę, i popróbować nakłucia tętnicy promieniowej, i założyć wkłucie centralne do żyły szyjnej zewnętrznej; a czasem są tylko “emergency” i jedyne, co mi pozostaje, to obserwacja tego, jak się z wkłuciami i znieczuleniami trudnych przypadków męczą Tajowie. Dziś na dobry koniec tygodnia miałam pierwszą intubację. W obecności Profesora Prześmiewczego. To znaczy, że wszystko było źle (a jak było źle, to mi wyrywał laryngoskop albo szczypał w rekę; Bogu dzięki skończyło się tylko na jednym szczypnięciu, bo bym się nowych siniaków nabawiła). Ale intubacja się udała (chociaż technika wg profesora była Zła przez duże “z”, każdy jej element był Zły), a Profesor Prześmiewczy zapytawszy, która to moja intubacja, otrzymał zgodną z prawdą odpowiedź: “pierwsza”, i uznał że w takim razie to jestem lepsza niż niemieccy studenci z zeszłego miesiąca, bo sobie radzę podobnie jak oni, a jakoby byli po anestezji na studiach i mieli spore doświadczenie w intubacji (Wg profesora nic nie warte to ich doświadczenie, bo i tak robili wszystko źle. To znaczy Źle). Tak że ucieszyłam się z niewątpliwego komplementu, posłuchałam jeszcze jak to dużo mam do poprawienia (niespodzianka, na razie to jeszcze nic nie umiem, więc nie wiem z czego poprawiać), posłuchałam jak Profesor Prześmiewczy pastwi się nad swoimi rezydentami (co trwało tak z pięć razy dłużej niż nade mną; pewnie dlatego, że zna większy zakres złośliwości po tajsku niż po angielsku ;) ) i pofrunęłam sobie na małych anestezjologicznych skrzydełkach pakować się na weekendowy wyjazd. W związku z czym ponownie zapowiadam sieciową nieobecność, a następny wpis wraz z dokumentacją – po powrocie.

* z Anaesthetists Hymn (by Amateur Transplants)

I zaczęłam leniwe, anestezjologiczne życie…

Po weekendzie życie zwolniło tempa, co ma swoje pozytywne implikacje między innymi w ilości wydawanej gotówki. Od wczoraj siedzę sobie na anestezjologii i dzień mija dość szybko, bo jak wychodzę, to już jest zwykle popołudnie i praktycznie koniec dnia (o tej porze roku o 19 jest tu już prawie ciemno). Nie przeszkadza mi to zbytnio, większość atrakcji w Bangkoku które chciałam zobaczyć, już zobaczyłam, a w tygodniu i tak nie ma jak jechać poza miasto; nie mam nic przeciwko przerzuceniu się na tajskie masaże i posiadówy w knajpkach zamiast przepychania się przez korki i gubienia w drodze od jednego do drugiego zabytku (masaż olejkiem, notabene, został już zaliczony podczas wypadu do Kanchanaburi; z tradycyjnym tajskim poczekam, aż mi się siniaki po wodospadzie Erewan wygoją:)).

Na anestezji zajmuje się mną Profesor Prześmiewczy (tak go będę tytułować), który ze sposobu bycia przypomina w pewien nieuchwytny sposób psora T. od matematyki z liceum (tak, tego samego od “chamskich sznurków” i “zmieńcie sobie w tym równaniu co je wymyśliłem plus na minus, bo wam głupi ułamek wyjdzie” pod koniec klasówki). Ogólnie jest mniej więcej tak, jak mi to jakiś czas temu opisywali niemieccy studenci robiący wcześniej anestezję: żadna twoja odpowiedź nie jest dobra (nawet, jeśli tak napisano w podręczniku, kto by tam wierzył podręcznikom, pft); nic, co robisz, nie robisz poprawnie etc etc. Za dotykanie laryngoskopem zębów w czasie intubacji dostaje się po głowie. No i oczywiście zajęcia sa rozpisane od 7.30 do 16, ale chłopcy twierdzili, że w szpitalu siedzieli od 6 rano do 18; mnie też profesor wspomniał, że oddział jest otwarty od 6 rano, więc mogę przychodzic ćwiczyć na manekinach, a po zajęciach też do 18 mogę zostawać. Moją odpowiedzią było grzeczne i wysublimowane “haha” – nie wiem, w jaki to cudowny sposób mogłabym ćwiczyć np. intubację przez 1,5h non stop, mnie już po pół godziny odpada ręka i “celność” się zmniejsza przez to zmęczenie materiału, więc zdefiniowałam ten czas jako moją optymalną dzienną dawkę ;) . Mimo wszystko profesor jest sympatyczny (uwielbiam takich złośliwców), jak się nie bierze zbyt poważnie jego wycieczek osobistych to w ogóle szafa gra, a i jest ciekawie, bo dużo pokazuje i udziela dobrych rad. Tak że póki co, wdrażam się w czynności anestezjologiczne, może coś się praktycznego z tego wykluje w ciągu najbliższych dwóch tygodni.

Wczoraj wieczorem na Khao San zahaczyłysmy o tajski klub Brick Bar, muzyka na żywo, mówili przed wejściem, zaciągnijcie się, mówili. W środku oczywiście ceglane ściany, bo nazwa zobowiązuje; wystrój taki zabawny misz-masz (czy hodgepodge, jak to mówią niektórzy ;) ) – na jednej ścianie wisi jakieś poroże i rząd zabytkowych dubeltówek, na drugiej – stary gokart i rower (moze jako unikat w tym zmotoryzowanym mieście?), a na pozostałych – czarno-białe portrety. Do tego piętro stylizowane na drewniany most i z całości wyszedł przyjemny, choć nie pozbawiony pewnej kiczowatosci (taka kiczowatość wakacyjnych kurortów, jeśli ktoś łapie moje skojarzenia) miks. Zespół dał czadu – wokalistka, wokalista, klawiszowiec, gitarzysta i trzech chórkowo – puzonowych – były covery starych dobrych anglojęzycznych przebojów, a także jakieś tajskie lokalne hity, które nie przeszkadzały nam się świetnie bawić i tańczyć pod samą sceną :) . Było tak, jak powinno być – letnia atmosfera, sympatyczne dźwięki, każdy utwór brzmiał “wakacyjnie”. Tajowie, jak się okazało, w knajpach piją głównie whisky, z colą albo wodą; pijących piwo widziałam mało. I to zamawiają całe litrowe flachy na kilka osób – dosyć sprawnie im to schodziło; ciekawe, czy bez tego też tak chętnie by tańczyli ;) . Poza tym z ciekawostek – imprezy w knajpach kończą się między pierwszą a drugą w nocy – ot, zespół, czy inna muzyka przestaje grać, światła się zapalają, ludzie wychodzą. Ponoć są knajpy, gdzie zabawa zaczyna się dopiero po północy, ale to głównie pod turystów (bo i wstęp jest zbyt drogi dla tubylców na to, żeby bawić się częściej; zwykle koło 15-20 PLN). Z wieczoru miło też wspominam zaskoczenie cywilizacją – w środku nie mozna palić. Nie pamiętam, kiedy ostatnio po powrocie z knajpy nie śmierdziałam dymem papierosowym. Co prawda po dyskretnej woni przechodzących obok panów wracających z toalety wywnioskowałam, że mniej lub bardziej oficjalna palarnia jest tam, ale to już żadnego wpływu na zapach w samym klubie nie miało. Chcę tak u nas!

Niektórzy całe życie mają szczęście, a więc dziś Profesor Prześmiewczy wyjechał o 13 na jakieś wykłady, więc po przerwie obiadowej zostałam na sali operacyjnej z Tajami mówiącymi tylko po tajsku, którzy na dodatek nie czuli potrzeby zajmowania się mną, być może wychodząc z założenia pt. “poradzi sobie”. Na szczeście ludzie z intensywnej terapii zapunktowali 1:0 z ginekologią i powiedzieli mi sami “profesora już dziś nie będzie, możesz iść gdzie chcesz”. Bingo, i tak bym nic nie zyskała na przysłuchiwaniu się tajskim pogaduszkom i bezmyślnym patrzeniu w podłączoną aparaturę Tak więc korzystając z okazji i wczesnej pory postanowiłam pozwiedzac jeszcze trochę Bangkoku póki jasno.

Padło na Golden Mount i Wat Saket, świątynie położone tuż obok siebie, a także Ban Baht – Monk’s Bowl Village. Ze szczytu Golden Mount można podziwiać panoramę Bangkoku, a Ban Baht nie jest wioską w pełnym tego słowa znaczeniu – to raczej zaułek, plątanina wąskich przejść między budynkami, przez które trzeba się przeciskać. Mieszkają tu rzemieślnicy wykonujący ręcznie śliczne misy wypalane w ogniu (wreszcie coś niekomercyjnego i różniącego się od kolorowego kiczu z tajskich bazarów). Przed samym wylotem na pewno skuszę się na jedną, ale nie miałam serca kupować już teraz, a potem tarabanić biedactwo po Tajlandii we wrześniu ;) .

Chinatown czyli dokąd jedzie ten autobus?

O Chinatown będzie dopiero w drugiej cześci wpisu, ale przynajmniej mam “catchy” tytuł ;) . A ze sprawozdawczości medycznej – w szpitalu znów porody, w tym jeden z położenia poprzecznego, a więc ciężki i wymagający użycia takiego ustrojstwa. Paskudztwo przykłada się “ssawką” do głowy maluszka i włącza ssanie, żeby go wyciągnąć z macicy… deformacja głowy paskudna, taka “bańka” na potylicy.

Oprócz tego wreszcie dowiedziałam się, czemu taki nacisk kładzie się na edukację praktyczną studentów (moi znajomi z szóstego roku odbierają porody od czasu do czasu… o rzeczach typu szycie po jego zakończeniu albo wykonywanie badań typu USG nie wspomnę). Otóż po studiach wszyscy absolwenci są wysyłani do pracy poza Bangkokiem (“rural area”, jak to sami określili), gdzie przez trzy lata pracują jako lekarze ogólni w ramach spłacania długu, który zaciągnęli u państwa finansującego ich studia. Dlatego kończąc szósty rok powinni już posiadać spore umiejetności praktyczne. Oczywiście mają jak je nabywać – są podzieleni na malutkie grupki i wciąż rotują po różnych oddziałach.  W tym momencie na sali porodowej jest dwóch studentów szóstego roku i wszyscy lekarze i pielęgniarki (a jest ich na tyle) ich uczą, tłumaczą zagadnienia, sprawdzają napisaną dokumentację… Ech, żeby u nas taka edukacja była.

Wieczorem wybrałyśmy się na krótki wypadzik do Chinatown. Wyzwaniem było już znalezienie odpowiedniego autobusu jadącego w tamtym kierunku spod naszego Victory Monument – albo nikt po angielsku nie mówi, albo nie wie gdzie jest Chinatown (hę?), wokół VM jest kilka przystanków autobusowych, na których zatrzymują się niekoniecznie te numery, które są wypisane na tabliczce. A rozkładu nie ma w ogóle, aha. Chociaż gdyby był, to i tak pewnie w krzaczkach. W końcu ktoś umiał nam pomóc i złapałyśmy autobus (o numerze, którego nie było na tabliczce, oczywiście. Ale pan powiedział, że przyjedzie i przyjechał). Klimatyzowany, z ekranem lcd, na którym lecą głównie transmisje walk Muay Thai i reklamy. W autobusie chodzi pani albo pan z blaszaną puszką i sprzedaje bilety, dzwoniąc niemiłosiernie monetami. Swoją drogą, ciekawe jak udaje się te bilety sprzedawać jak cały pojazd robi się zatłoczony na dalszych przystankach (a zazwyczaj tak jest). Wizyta w chińskiej dzielnicy (było troszkę na późno na targi, akurat trafiłysmy na porę kiedy w miejsce straganiarzy “rzeczowych” rozkładali się straganiarze owocowo-warzywni) upłynęła pod znakiem nauki przechodzenia przez ulicę (tam nie obowiązują żadne reguły, naprawde żadne – i mówię głównie o kierowcach). Potem kolejne wyzwanie, czyli poszukiwanie autobusu powrotnego – znów wszyscy nas odsyłali przecznicę dalej i znów przecznicę dalej… na szczęście gdzie jest Victory Monument, wiedzieli wszyscy; w końcu znalazłysmy właściwy dzięki miłemu mnichowi z Indii. Tym razem trafiłyśmy na nieklimatyzowany – czyli bez szyb :D . Na dodatek kierowca otwierał i zamykał drzwi w biegu, a niektórzy pasażerowie w biegu wsiadali (np. między przystankami kiedy staliśmy lub toczyliśmy się w korku; korki są tu chyba przez całą dobę).

Na koniec kilka fotek i filmików:

Poród porodem pogania czyli ja chcę dziecko!

Tytuł jest nieco żartobliwy, ale jak w ramach żartów wspomniałam Pewnemu Panu o tym dziecku to się przestraszył trochę ;> Tak że plotki dementuję, ale podtrzymuję zdanie, że noworodki są super (wrzeszczace, gryzace i szczypiące starsze dzieci to insza inszość i do ich posiadania i wychowywania na pewno trzeba dorosnąć).

Dziś poczatek praktyk w szpitalu, na dzień dobry dostałam ładną plakietkę ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem i mnóstwem tajskich krzaczków, które nie wiadomo co znaczą (ale chyba nic obraźliwego), rozpiskę gdzie mam się pojawiać i wio. Przez pierwsze trzy dni, zaczynając od dziś, sala porodowa. To ta dobra wiadomość; gorsza jest taka, że mamy tam siedziec od 7 rano do 16 po południu (piszę “mamy”, bo jest ze mną jeszcze Niemka). Ale ogólnie jest sympatycznie, wszyscy nam dużo tłumaczą (mimo że to zajmuje sporo czasu, bo angielski mają taki intermediate, miejscami tylko upper). Ale się starają i dużo można zobaczyć – dziś calutkie trzy porody z ciekawszych rzeczy. Dzieciaczki kjutne (“misiaczki z brzusia”, jak by ktoś powiedział), można uronić łezkę z rozczulenia, jak wychodzi główka, a potem cała reszta.

Niemniej parę rzeczy mnie zaskoczyło, np. nacinają rutynowo wszystkie kobiety (“And if she disagrees?” “Well, she doesn’t know what we do with her”. Cudownie, ale w Polsce miejscami nie jest lepiej). Wszystkie dzieci rodza się sinawe i Apgar 10 w pierwszej minucie to coś wyjątkowego.

Poza tym znajomość z tajskimi studentami zaowocowała jadalnym obiadem, chętnie pokazują co nie jest za pikantne i który sok jest dobry, a który takise. Dzisiejszy hit: sok z korzenia lotosu, smaczny, ale czemu u nich wszystkie soki takie słodkie jakby cukru dosypywali? (może faktycznie tak jest, w jogurtach tyle cukru jest, że nie moge wypić na raz).

Po szpitalu, jako, że było już trochę za późno na odwiedzanie przybytków takich jak pałace czy muzea, postawiłysmy na nocny (a własciwie późnowieczorny) targ. Oprócz samego placu wieczorem ożyła tez cała długaśna ulica, na której ze swoimi kramami rozlokowali się sprzedawcy wszystkiego (dosłownie). Czego tam nie było, podróby markowych ubrań, podróby filmów i płyt, biżuteria, szale i szaliska, podróby zegarków (markowych, a jakże), sukienki, figurki, ozdóbki i tysiące kiczowatych pierdółek, które po prostu trzeba mieć ;) . Do tego wszechobecna kultura targowania się (wypada to za mało powiedziane, to trzeba robić!) połączona z wiecznym uśmiechem. Byłam, targowałam się, kupowałam i na pewno jeszcze tam wrócę ;) .

Tradycyjnie parę fotek i filmik (z góry przepraszam jeśli nie za wiele na nim widac, ale przy moim ekranie cięzko o tym wnioskować. W wolnym czasie pogrzebię przy obróbce) :

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.