Po weekendzie życie zwolniło tempa, co ma swoje pozytywne implikacje między innymi w ilości wydawanej gotówki. Od wczoraj siedzę sobie na anestezjologii i dzień mija dość szybko, bo jak wychodzę, to już jest zwykle popołudnie i praktycznie koniec dnia (o tej porze roku o 19 jest tu już prawie ciemno). Nie przeszkadza mi to zbytnio, większość atrakcji w Bangkoku które chciałam zobaczyć, już zobaczyłam, a w tygodniu i tak nie ma jak jechać poza miasto; nie mam nic przeciwko przerzuceniu się na tajskie masaże i posiadówy w knajpkach zamiast przepychania się przez korki i gubienia w drodze od jednego do drugiego zabytku (masaż olejkiem, notabene, został już zaliczony podczas wypadu do Kanchanaburi; z tradycyjnym tajskim poczekam, aż mi się siniaki po wodospadzie Erewan wygoją:)).
Na anestezji zajmuje się mną Profesor Prześmiewczy (tak go będę tytułować), który ze sposobu bycia przypomina w pewien nieuchwytny sposób psora T. od matematyki z liceum (tak, tego samego od “chamskich sznurków” i “zmieńcie sobie w tym równaniu co je wymyśliłem plus na minus, bo wam głupi ułamek wyjdzie” pod koniec klasówki). Ogólnie jest mniej więcej tak, jak mi to jakiś czas temu opisywali niemieccy studenci robiący wcześniej anestezję: żadna twoja odpowiedź nie jest dobra (nawet, jeśli tak napisano w podręczniku, kto by tam wierzył podręcznikom, pft); nic, co robisz, nie robisz poprawnie etc etc. Za dotykanie laryngoskopem zębów w czasie intubacji dostaje się po głowie. No i oczywiście zajęcia sa rozpisane od 7.30 do 16, ale chłopcy twierdzili, że w szpitalu siedzieli od 6 rano do 18; mnie też profesor wspomniał, że oddział jest otwarty od 6 rano, więc mogę przychodzic ćwiczyć na manekinach, a po zajęciach też do 18 mogę zostawać. Moją odpowiedzią było grzeczne i wysublimowane “haha” – nie wiem, w jaki to cudowny sposób mogłabym ćwiczyć np. intubację przez 1,5h non stop, mnie już po pół godziny odpada ręka i “celność” się zmniejsza przez to zmęczenie materiału, więc zdefiniowałam ten czas jako moją optymalną dzienną dawkę
. Mimo wszystko profesor jest sympatyczny (uwielbiam takich złośliwców), jak się nie bierze zbyt poważnie jego wycieczek osobistych to w ogóle szafa gra, a i jest ciekawie, bo dużo pokazuje i udziela dobrych rad. Tak że póki co, wdrażam się w czynności anestezjologiczne, może coś się praktycznego z tego wykluje w ciągu najbliższych dwóch tygodni.
Wczoraj wieczorem na Khao San zahaczyłysmy o tajski klub Brick Bar, muzyka na żywo, mówili przed wejściem, zaciągnijcie się, mówili. W środku oczywiście ceglane ściany, bo nazwa zobowiązuje; wystrój taki zabawny misz-masz (czy hodgepodge, jak to mówią niektórzy
) – na jednej ścianie wisi jakieś poroże i rząd zabytkowych dubeltówek, na drugiej – stary gokart i rower (moze jako unikat w tym zmotoryzowanym mieście?), a na pozostałych – czarno-białe portrety. Do tego piętro stylizowane na drewniany most i z całości wyszedł przyjemny, choć nie pozbawiony pewnej kiczowatosci (taka kiczowatość wakacyjnych kurortów, jeśli ktoś łapie moje skojarzenia) miks. Zespół dał czadu – wokalistka, wokalista, klawiszowiec, gitarzysta i trzech chórkowo – puzonowych – były covery starych dobrych anglojęzycznych przebojów, a także jakieś tajskie lokalne hity, które nie przeszkadzały nam się świetnie bawić i tańczyć pod samą sceną
. Było tak, jak powinno być – letnia atmosfera, sympatyczne dźwięki, każdy utwór brzmiał “wakacyjnie”. Tajowie, jak się okazało, w knajpach piją głównie whisky, z colą albo wodą; pijących piwo widziałam mało. I to zamawiają całe litrowe flachy na kilka osób – dosyć sprawnie im to schodziło; ciekawe, czy bez tego też tak chętnie by tańczyli
. Poza tym z ciekawostek – imprezy w knajpach kończą się między pierwszą a drugą w nocy – ot, zespół, czy inna muzyka przestaje grać, światła się zapalają, ludzie wychodzą. Ponoć są knajpy, gdzie zabawa zaczyna się dopiero po północy, ale to głównie pod turystów (bo i wstęp jest zbyt drogi dla tubylców na to, żeby bawić się częściej; zwykle koło 15-20 PLN). Z wieczoru miło też wspominam zaskoczenie cywilizacją – w środku nie mozna palić. Nie pamiętam, kiedy ostatnio po powrocie z knajpy nie śmierdziałam dymem papierosowym. Co prawda po dyskretnej woni przechodzących obok panów wracających z toalety wywnioskowałam, że mniej lub bardziej oficjalna palarnia jest tam, ale to już żadnego wpływu na zapach w samym klubie nie miało. Chcę tak u nas!
Niektórzy całe życie mają szczęście, a więc dziś Profesor Prześmiewczy wyjechał o 13 na jakieś wykłady, więc po przerwie obiadowej zostałam na sali operacyjnej z Tajami mówiącymi tylko po tajsku, którzy na dodatek nie czuli potrzeby zajmowania się mną, być może wychodząc z założenia pt. “poradzi sobie”. Na szczeście ludzie z intensywnej terapii zapunktowali 1:0 z ginekologią i powiedzieli mi sami “profesora już dziś nie będzie, możesz iść gdzie chcesz”. Bingo, i tak bym nic nie zyskała na przysłuchiwaniu się tajskim pogaduszkom i bezmyślnym patrzeniu w podłączoną aparaturę Tak więc korzystając z okazji i wczesnej pory postanowiłam pozwiedzac jeszcze trochę Bangkoku póki jasno.
Padło na Golden Mount i Wat Saket, świątynie położone tuż obok siebie, a także Ban Baht – Monk’s Bowl Village. Ze szczytu Golden Mount można podziwiać panoramę Bangkoku, a Ban Baht nie jest wioską w pełnym tego słowa znaczeniu – to raczej zaułek, plątanina wąskich przejść między budynkami, przez które trzeba się przeciskać. Mieszkają tu rzemieślnicy wykonujący ręcznie śliczne misy wypalane w ogniu (wreszcie coś niekomercyjnego i różniącego się od kolorowego kiczu z tajskich bazarów). Przed samym wylotem na pewno skuszę się na jedną, ale nie miałam serca kupować już teraz, a potem tarabanić biedactwo po Tajlandii we wrześniu
.