Dawno nic nie było…

Ano nie było, bo zgodnie z powiedzeniem Starych Górali[TM], “człowiek zdolny to człowiek leniwy”, wcielałam tę przezacną maksymę w życie. Oprócz tego uwagę moją od dłuższego czasu poświęcają rzeczy tak przyziemne, jak uczelnia, praca, nauka, lenistwo i marnotrawienie czasu wolnego na tzw. hobby. Ale dość tego dobrego i czas coś napisać na blogu, bo być może – o zgrozo! – zagląda tu jeszcze ktoś i nawet może czeka na nowe wpisy.

Kończąc wątek z poprzedniego odcinka: z Tajlandii wróciliśmy cali i zdrowi, bez ameby, dengi, malarii, włośnia i innych smakołyków; zwiedziliśmy tyle, ile się dało zapychając 10 dni do maksimum oglądaniem zabytków, jazdą na słoniach, kosztowaniem przepysznej kuchni tajskiej i w końcu snem (smutna konieczność przy takiej ilości atrakcji); LOT zgubił mój bagaż główny, na szczęście dnia następnego walizkę przyniesiono mi pod drzwi mieszkania (tyle szczęścia w nieszczęściu, że nie musiałam tego ustrojstwa wlec z Warszawy). Wycieczka na wielki wielki plus i planujemy powtórkę w przyszłości, tym razem dłuższą. Jeśli ktoś byłby zainteresowany dokumentacją fotograficzną czy krótkimi opowiastkami z ostatnich dni podróży, proszę o wici, bo nie wiem czy się fatygować z nadrabianiem wpisów ;) .

Po tym czarownym okresie mojego młodego życia nastąpiła szara rzeczywistość niedojrzałych i drogich owoców tropikalnych, zbierania resztek wpisów do indeksu, pracy (przynajmniej płaca jest, to jakiś pozytyw), wstawania rano na zajęcia, blabla, na pewno każdy odnajdzie w tych nieszczęściach fragment swoich cierpień codziennych, więc nie ma co się rozpisywać na smutne tematy.

Na szczęście nadszedł długi weekend a z nim nieprawdopodobna wręcz ilość czasu wolnego, którą postanowiliśmy spędzić w sposób kreatywny (to znaczy niekoniecznie nadrabiając deficyty snu z ostatniego miesiąca śpiąc po 15 godzin na dobę). Spontaniczny pomysł krótkiego wypadu w Gorce zaoowocował uzupełnieniem sprzętu turystycznego o niezbędne rekwizyty typu już-dawno-miałem-kupić-ale-jakoś-się-to-odwlekało, ustaleniem trasy i pobudką dziś o 5.30.

Wyruszyliśmy z Nowego Targu przez Turbacz, Stare Wierchy i Maciejową do Rabki. Jakieś 24 km, czyli bardzo sympatyczna jednodniowa wycieczka. Liczyliśmy na ostatnie kolorowe tchnienia jesieni, ale nie spodziewaliśmy się, że pogoda będzie wręcz letnia. Czyste niebo, słoneczko, cieplutko, iść nie umierać. Ludzi na trasie było całkiem sporo jak na tę porę roku, z czego sporą część stanowiły młode małżeństwa z małymi dziećmi w różnym stanie aktywności: od typowej dla tego wieku nadpobudliwości po postawę “śpię gdzie usiadłem”. Naprawdę miło widzieć tylu młodych turystów :]. Najwięcej atrakcji spotkało nas w schronisku na Starych Wierchach, gdzie najpierw mieliśmy okazję oglądać trójkę młodych ojców próbujących upilnować swoje pociechy (w wieku tak na oko 2-3 lat) przed dotykaniem wszelkich gorących naczyń i jednocześnie je sensownie nakarmić; następnie rozpływaliśmy się z zachwytu nad oscypkiem na boczku z żurawiną (:3~), a potem jeszcze czekało mnie miłe a niespodziewane spotkanie z moją biolożką z liceum, która też akurat zawitała dziś w Gorce.

Kilka fotek i nasza dzisiejsza trasa:

Napisz komentarz