Polityka a sprawa tajska

Ostatnio dotarły do mnie jakieś wieści (z Polski), że w Tajlandii sytuacja się pogarsza, że może zostać wprowadzony stan wyjątkowy, że lotnisko jest zablokowane, że kolej strajkuje i tak dalej. Tymczasem ja tu siedzę, gwoli ścisłości nawet w stolicy, gdzie te “zamieszki” niby mają miejsce i jakoś cisza. To znaczy nic się nie dzieje. Owszem, protesty przeciw premierowi są, ale są od paru dni; owszem, oblegana jest główna siedziba policji, która nawet nie wiem, gdzie jest (w takim razie nigdzie w pobliżu, a nie jest to trudne w tak wielkim molochu, jak Bangkok:)). Poza tym, bądźmy realistami – protesty kilku tysięcy osób nie spowodują paraliżu prawie 10-milionowego miasta; premier też zadnego “stanu wyjątkowego” nie wprowadzi, nikt w to tu nie wierzy, bo to już nie pierwsze (i zapewne nie ostatnie, patrzac na korupcję rządu) takie protesty. Po wtóre - kolej strajkuje, to prawda; zapewne dlatego odwołali nasz piątkowy pociąg, którym chciałyśmy jechać do Parku Narodowego Khao Yai i trzeba było brać autobus. I co z tego – pociągi w Tajlandii i tak się ciągle albo spóźniają, albo są odwoływane, więc ten strajk jakoś mnie nie dotknął. Co więcej - lotniska są zamknięte, ale te w Phuket i Krabi, świadczące loty krajowe. Ludzie, kto przy zdrowych zmysłach uwierzy, że kraj żyjący z turystów zamknie ot tak międzynarodowe lotnisko z powodu protestu paru tysięcy osób? Koleżanka, która już na rzeczone lotnisko pojechała, dała znać że wszystko w normie, ani protestów, ani blokady – nie ma jak potęga plotki stugębnej.

Wpis z sobotniej wizyty w Khao Yai pojawi się za czas jakiś (w zależności od dostępności kafejek internetowych oraz ilości czasu), ponieważ niedługo sama podążam odebrać Pewnego Pana z lotniska, a potem ruszamy z Bangkoku na północ. Tak więc jeśli jutro dojdą kogoś wieści, że Tajlandia znajduje się w ogniu krzyżowym partyzantów i sił rządu, a zagraniczni turyści są brutalnie mordowani przez buddyjską ludność – zmrużcie oko, bo media lubią sprawy podkoloryzować (o czym dobitnie się przekonałam w ciągu ostatnich dni). Jedynie wasz medyczny korespondent zda wam obiektywną i wolną od fałszu relację – to mówiłam ja, leworęczna!

PS. Dziś rano odwiedziłam najsłynniejszy targ Bangkoku – Chatuchak. Najprościej – wyobraźcie sobie dowolną rzecz, do domu, użytku własnego albo zupełnie bezużyteczną. Z 99-procentowym prawdopodobienstwem będzie do kupienia na tym wielkim targowisku ;) . Naprawdę ogromny obszar, którego obejście zajmuje dobre kilka godzin (a i tak wtedy, kiedy nie ma jeszcze tłoku i nie trzeba się przeciskać w tłumie); stragany, stragany, salony masażu tajskiego, restauracyjki i kawiarnie. Jeśli ktoś nie ma jeszcze dość targów w Tajlandii, to jest to pozycja obowiązkowa (niekoniecznie żeby coś kupić); jesli ktoś targów nie lubi, to po prostu powinien wybrać się na ten w pierwszej kolejności – zwłaszcza, że sprzedawcy nie mają tu “maniery” zachęcania klienta do ich stoisk (chyba że rano są po prostu niewyspani i nie chce im się jeszcze:)).

Napisz komentarz