W ten weekend było bardzo plażowo, co też i zaowocowało kolejną zmianą odcienia skóry (niestety nie obyło się bez barw wojennych, ale spróbujcie ominąć ten etap przy tajskim słońcu).
Jako pierwszą odwiedziłyśmy Pattayę, znaną również bliżej jako “miasto uciech”, jest ona bowiem sławna (czy może niesławna) z gałęzi turystyki dotyczącej uciech cielesnych
. Potwierdził to wieczorny spacerek przez południową część miasta. Na większości ulic kluby go-go (czy raczej bary); zgodnie z zasadą “dla każdego coś miłego” – były panie w mundurkach i strojach pielęgniarek, w spódniczkach krótkich i krótszych, wszystkie mające jedną wspólną cechę – łapiące za ręce przechodzących ulicą panów i próbujące ich zaciągnąć do tego-właśnie-tego baru. Bary w większości podobne (różniące się tylko mniej lub bardziej wyszukanymi nazwami), oświetlone czerwonymi albo różowymi neonami, w większości z rurkami do tańczenia, ale zdecydowana większość pań w ramach tańca przy nich truchtała sobie obok w miejscu w rytm muzyki albo uprawiała jakis dziwny aerobik który z w/w tańcem przy rurze miał tyle wspólnego, co granie na skrzypcach z judo. Być może to jakiś lokalny koloryt, a my się nie znamy
. Niestety, opisanego w przewodniku baru go-go z męskimi tancerzami nie znalazłyśmy, biednemu zawsze wiatr w oczy. Oprócz tego można było napotkać bary z występami scenicznymi pań albo panów w damskich ciuszkach.
Teraz dygresja – jeszcze o tym nie pisałam, ale transwestytyzm w Tajlandii jest dość popularny i nie ma konotacji seksualnych; ot, niektórzy mężczyźni chodzą w kobiecych ubraniach, malują się etc., co nie zmienia faktu, że uważają się za mężczyzn (czy prawdziwych – nie wiem
). Notabene tacy “lady-boys” są często-gęsto bardziej zadbani od kobiet; sama parę razy spytałam o drogę ładną dziewczynę (?), która odpowiedziała mi głębokim basem, z “naszego człowieka” z biura studentów zagranicznych w szpitalu też niezła laska jest, a w mailach podpisuje się “Mr” i głos ma zdecydowanie męski. To tyle rozległej dygresji, wracamy do Pattayi (wiążąc zgrabnie oba tematy dodam, że wśród pań ciągnących turystów do barów zdarzają się też oczywiście “panie”; po pewnym czasie naszą ulubioną rozrywką podczas spaceru było typowanie płci bardziej enigmatycznie wyglądających; a tak w ogóle ciekawa jestem, czy dla takiego turysty bliższe przebywanie w towarzystwie “lady-boy” jest bardziej nietypowym wakacyjnym przeżyciem, czy traumą;)).
W Pattayi lwią część turystów stanowią dziadki. W większości rosyjskie dziadki, bo to głównie bogaci Rosjanie przyjeżdżają tu na wczasy – dlatego też większość znaków i napisów jest po tajsku, rosyjsku i angielsku (notabene spotkałyśymy nawet jedną rosyjską wycieczkę i po spojrzeniu na ich ubiór w miejscach religijnych oraz zachowanie postanowiłyśmy w ich pobliżu mówić po angielsku;)). Dziadki przyjeżdżają na wczasy odchudzające albo inne rekreacyjne pitu-pitu, no i przy okazji (a może przede wszystkim) na dziewczynki. A więc wieczorami obrazek miejski wyglada tak, że w barach siedzą dziadki oblepione tajskimi dziewczynkami, albo idą po mieście etc etc. Trochę śmieszne, trochę niesmaczne. Oczywiście sponsorami miasta są Viagra i Cialis, a na kazdym parasolu plażowym i w barze jest numer telefonu do szpitala świadczącego całodobową opiekę (zapewne na wypadek jakby dziadkom stanęło serce zamiast czegoś innego). To chyba tyle o ciemnej stronie miasta. Aha, numer call center w Pattayi to 1337 (i wszystko jasne).
Na szczęście okazało się, że w dzień też jest co robić. Weszłyśmy na punkt widokowy z pomnikiem, potem odwiedziłyśmy świątynię z wielgaśnym posagiem Buddy oraz drugą z parkiem z konfucjańskimi sentencjami; wszystko na własnych nogach! Śmiem twierdzić, że byłyśmy jedynymi tego dnia turystami (a w ogóle jednymi z nielicznych), którzy wybrali pieszą drogę pod górę w upale – zresztą nie spodziewałabym się jakiejkolwiek “żyłki górołaza” po turystach odwiedzających Pattayę
.
Resztę dnia spędziłyśmy na “koralowej wyspie” czyli Ko Lam – 40 minut statkiem od Pattayi (towarzystwo na statku: połowa Tajów, połowa Rosjan, czasem “pary mieszane towarzyskie” – młoda Tajka plus dziadek; natomiast obecni na statku rosyjscy młodzieńcy jak jeden mąż wyglądali jak liderzy zespołu disco polo). Plaża – marzenie: biały biaseczek, turkusowa cieplutka woda (ale za to jaka słona), coś pięknego. Popluskałam się, poleżałam pod parasolem, pospacerowałam i aż żal było wracać z tego miejsca zupełnie oderwanego od rzeczywistości.
Druga część naszej wycieczki zaczęła się w miasteczku Sri Racha, które było bazą wypadową na wyspę Ko Si Chang. Miałyśmy okazję spać w “wodnym hotelu”, który był zbudowany na molo i okazał się być najchłodniejszym miejscem noclegowym jak do tej pory, zapewne z powodu wody pod podłogą właśnie
.
Po dotarciu statkiem na wyspę zaliczyłyśmy morderczą wędrówkę (w upale, a jakże) po atrakcjach tam rozrzuconych. Wszyscy biorą tuk-tuki? Mięczaki! Jak my nie damy rady, to kto da? I oczywiście dałyśmy, z tym że na finiszu zaczęłam już czuć zapach własnego potu, co było objawem mocno niepokojącym, a ciuchy to mi już zupełnie od potu przemokły; detox gratis! Dlatego po odwiedzeniu chińskiej wielopoziomowej świątyni, ogromnego Żółtego Buddy, centrum medytacji mnichów oraz wejściu na wiele-wiele schodów do odcisku stopy Buddy (to było najbardziej mordercze, ale za to jakie bedę miała mięśnie nóg mocne) stwierdziłyśmy, że mamy być z czego dumne, a na plażę znajdującą się po przeciwnej stronie wyspy możemy wziąć tuk-tuka i nie zaszkodzi to naszej reputacji wędrowca
.
Plaża na Ko Si Chang – zupełnie inna od tej z Ko Larn – kamieniste dno, woda – jeśli już opisywać ją w odniesieniu do kamieni szlachetnych – szmaragdowa (ale równie ciepła i słona), fale silniejsze i mnóstwo-mnóstwo rozmaitych muszelek wyrzuconych i ciągle wyrzucanych na brzeg – daje chyba tylko szczątkowe wyobrażenie o tym, jaki ogrom życia kryje się w tych wodach.
Powrót, jak to powrót w Tajlandii – planuj sobie człowieku, że wg przewodnika autobus jedzie dwie godziny; i tak okaże się, że jedziesz trzy, bo autobus zatrzymuje się ciągle na dziesięciominutowe (w najlepszym razie) postoje, podczas których pani sprzedająca bilety donośnym głosem zwołuje na przystanku pasażerów żeby dopchać jak najwięcej miejsc siedzących, a do autobusu wchodzą sprzedawcy różnego rodzaju jedzenia – to jest jednak biznes przy tych przedłużających się przejazdach
. Na szczęście w końcu dotarłyśmy do Bangkoku i można było doprowadzić się do stanu używalności przed kolejnym medycznym tygodniem.
Tuk-tukiem przez Ko Si Chang:
I ciąg dalszy – wjazd na wybrzeże:




















