Weekend, weekend i po weekendzie, a działo się sporo i trochę ciekawych miejsc odwiedziłam, więc spieszę opisywać co następuje:
W piątek przed wyjazdem z miasta postanowiłam nadrobić zwiedzanie Bangkoku i odwiedziłam muzeum narodowe i farmę węży. Muzeum bardzo ciekawie zaplanowane, rozmieszczone w kilku budynkach, z czego większość sama w sobie stanowiła zabytek (np. czerwony dom), a tylko nieliczne były typowymi wielkimi białymi muzealnymi pomieszczeniami z eksponatami. Na zwiedzaniu zeszło mi dobrych kilka godzin, a i tak pod koniec przyspieszyłam tempo, bo i czas mnie gonił, i nogi zaczęły dawać o sobie znać.
Farma węży w Bangkoku została założona w 1923 roku (jest drugą najstarszą na świecie) w celu pozyskiwania surowicy przeciw ukąszeniom węży, i takiemu celowi służy po dzień dzisiejszy. Można w niej podziwiać najróżniejsze gatunki tych gadów (np. kobra królewska, niemrawiec prążkowany, żmija Russela, węże morskie), a codziennie odbywa się “dojenie” z jadu oraz pokaz węży, podczas którego prowadzący udziela w zabawny sposób ciekawych informacji na temat poszczególnych gatunków, pracownicy farmy imponują zręcznością w obchodzeniu się z wężami, a śmiałkowie mogą sobie nawet zrobić zdjęcie z gadziną (tak, oczywiście też się skusiłam). Impresje po opuszczeniu miejsca są bardzo pozytywne, w zamian za bilet (dość drogi jak na tajskie realia) dostajemy sporo fachowych informacji przedstawionych w przystępny sposób, ciekawe widowisko i trochę adrenaliny
.
Kolejne atrakcje to już weekendowy wypad do Kanchanaburi – i zaczęło się od trzęsienia ziemi, czyli problemów logistycznych. Z racji zwiedzania Bangkoku pojechałam tam o 1,5 h późniejszym autobusem niż reszta dziewczyn (które już były i w muzeum, i na farmie). Obiecały znaleźć pensjonat i zająć pokoje, wybrałyśmy knajpkę na spotkanie w miasteczku i szafa grała (a przynajmniej tak się nam wydawało). Po przybyciu po dość sprawnej podróży do miasteczka w umówionym miejscu nie było ani żadnej z dziewczyn, ani wiadomości od nich. Tak więc spędziłam ponad pół godziny odganiając kelnera, że “za chwilkę złożę zamówienie, tylko czekam na znajomych, którzy się spóźniają”, bluzgając na nie dające znaku życia, martwiąc się że coś im się na pewno stało, po czym wściekła zamówiłam wreszcie jedzenie i obowiązkowo piwo (tajska Singha jest naprawdę dobra :3). I oto z trzykwadransowym spóźnieniem przyszedł sms od mojej koleżanki, a za chwilę ona sama; zdziwiona, że jestem przed nimi, skoro one dopiero przyjechały do miasteczka bo stały w jakichś potężnych korkach, przez co jazda trwała ponad 4 godziny (a nie 2, tak jak moja). Naturalnie nie wysyłały mi żadnej wiadomości wnioskując, że jesli one stoją taki kawał czasu, to ja się w Kanchanaburi pojawię jeszcze później po nich. Napięcie opadło, jedzenie zostało pożarte, piwo wypite i poturlałyśmy się do Jolly Frog, czyli naszej noclegowni.
W sobotę zafundowałyśmy sobie wycieczkę do Erawan National Park, którego największą atrakcją jest siedmiokaskadowy wodospad Erawan (miejsce zarówno wypraw turystów, jak i rodzinnych pikników Tajów). Miejsce jest przepiękne – turkusowa woda i zielony las, podejście pod górę przy kolejnych kaskadach, a na końcu wysokie skały i wypływający z nich wodospad – nie wiadomo co robić najpierw, podziwiać te cuda natury czy chlapać się w czyściutkiej wodzie, która spływając tworzy zbiorniczki, począwszy od płytkich “do brodzenia”, po małe jeziorka, w których jak najbardziej można popływać. W tych ostatnich “atrakcją” były ryby (różnej wielkości – od kilku do nawet trzydziestu kilku cm), skupiające się głównie przy brzegach i “gryzące” wchodzących i wychodzących z wody jeśli na chwilę przestawali się ruszać (a przy śliskich kamieniach było to nieuniknione); oczywiście podskubywanie przez ryby (zwłaszcza przez te wielkie bestie), skądinąd nieprzyjemne uczucie, implikowało różne podskoki i inne hołubce, więc ludzie i tak się ślizgali, wpadali na kamienie, nabijali sińce, etc. Przetestowano. Przynajmniej była motywacja do aktywnego pływania
.
Po wycieczce składającej się z naprzemiennych spacerków, podejść i kąpieli w wodospadzie, wróciłyśmy do Kanchanaburi i z przyrodniczego klimat zmienił się na poważno – historyczny. Odwiedziłyśmy Thailand-Burma Railway Centre i znajdujący się obok Allied War Cemetery – czyli cmentarz żołnierzy poległych przy budowie “kolei śmierci” podczas drugiej wojny światowej, a także słynny most na rzece Kwai, będący cześcią owej kolei. Muzem (nie pierwszy raz w Tajlandii) robi niesamowite wrażenie, jedna z sal jest stylizowana na wagon do transportu jeńców (naturalnej wielkości – człowiek naocznie przekonuje się w jak małych klitkach upychano po 28 mężczyzn), inna na szpital polowy; mnóstwo jest makiet, przedmiotów osobistego użytku jenców, szkiców i grafik wykonywanych przez nich, reliktów przeszłości, np. bardzo przemawiające do wyobraźni długie deski z gwoździami do podkładów powbijanymi w nie w celu zobrazowania ilości zgonów… (1 gwóźdź = 500 śmierci) Wszystko to uzupełnione szczegółowymi informacjami przez wiszące na ścianach plansze powoduje, ze człowiek czuje się lepiej wyedukowany niż przez jakikolwiek podręcznik historii. Podobnie, gdy staje się w bramie cmentarza Allied War Cemetery – tysiące nagrobków, w większości dwudziestoparolatków – żadna z książek nigdy nie odda wagi tego wydarzenia tak, jak to jedno miejsce. I dobrze, że w muzeum można było kupić wiązankę kwiatków i złożyć na którymś z nagrobków – to chyba jedyne, co można zrobić…
Następnego dnia odwiedziłysmy jeszcze mniej znany cmentarz Chung Kai, znajdujący się nieco za miastem, również skrywający jeńców poległych przy budowie kolei; a także grotę – świątynię (po raz kolejny nic ciekawego, przereklamowane te groty, ot, powpychane do jaskini posągi Buddy i ołtarzyki, wszystko wygląda bardzo “na siłę”).
I w końcu przechodzimy do ostatniego punktu wycieczki, nie mniej ciekawego niż poprzednie, czyli Tiger Temple. W zasadzie wygląda to jak zoo. Ale o ile nawet w zoo w Bangkoku klatki były (dyskretne bo dyskretne, ale ich obecność była niezaprzeczalna), o tyle tu klatek nie ma. Po prostu Arka Noego. Wokół ludzi drepczą sobie dziki, dostojnie kroczą pawie, tuptają sarnowate (na tyle oswojone, że same czasem podchodzą; dziki nadal pozostały dzikami i podejść się nie dały:)). I oczywiście królowie tego miejsca, czyli tygrysy. Ogromne, przepiękne bestie, do których po raz pierwszy w życiu mogłam podejść, przykucnąć obok, poskrobać trochę po grzbiecie (wszystko oczywiście w obecności pracowników; zdarzyły się już (nieliczne, dodajmy, wszelkie środki ostrożności są podejmowane) przypadki poturbowania turysty przez zdenerwowane zwierzę. Oprócz tego nie mniejszy entuzjazm budziły małe tygrysiątka, włażące jedno na drugie, bawiące się i piszczące, które można było poprzytulać i posmyrać bez obawy utraty smyrającej kończyny
.
Tyle wrażeń z weekendu, oczywiście wpis byłby niczym bez zdjęć i filmików:
Bawiący się tygrysek:
Mnich bawiący się z tygryskiem:





















