Nadeszła pora na odnowienie znajomości z instytucją bloga, a jako że zawsze musi być jakiś “oficjalny powód”, znalazł się i tym razem.
W wielkim skrócie (bo walizka jeszcze niespakowana, a czas goni): otóż leworęcznej zachciało się praktyk studenckich za granicą. Ale nie za pierwszą czy drugą, o nie; celem był jakiś kraj gdzieś hen daleko, który i cywilizowany, i egzotyczny zarazem, i w którym spędzić miesiąc lub więcej niekoniecznie się myśli przy śniadaniu.
Z racji przynależności do organizacji, która umożliwia praktyki medyczne na całym świecie, przystąpiłam do tegorocznych kwalifikacji i z duszą na ramieniu czekałam na wyniki (wszystko sprowadza się do odwiecznego problemu pod tytułem “określona liczba miejsc w konkretnych państwach, klasyfikacja na podstawie punktów, czy tych punktów wystarczy na mój upragniony kraj”). Jak się okazało, po raz kolejny w tym życiu do leworęcznej szczęście się uśmiechnęło i dostała się na praktyki do kraju, który był jej pierwszym wyborem. Do Tajlandii.
To wszystko było ponad pół roku temu – adrenalina, emocje, krew, pot i łzy (radości oczywiście); a potem już same nudne rzeczy – składanie tysiąca wymaganych dokumentów, czytanie o Tajlandii, kupno biletu lotniczego, czytanie o Tajlandii, załatwianie wizy, czytanie o Tajlandii, składanie i wysyłanie pocztą tysiąca wymaganych dokumentów po raz drugi (bo ja zawsze mam takie szczęście, że jak poczta zgubi komuś te wysłane po raz pierwszy, to zawsze jestem ja; niemniej po raz kolejny pojawił się w opowieści element adrenalinopodobny), czytanie o Tajlandii, zalecane szczepienia, czytanie o Tajlandii i wciąż zbliżający się dzień wylotu.
I oto triumfalnie nadchodzi “dzień zero”, przy czym “triumfalny” można odnieść do starej prawdy, że czego by kobieta nie robiła żeby się spakować na czas, to i tak zawsze pod koniec jest płacz i zgrzytanie zębów, a kilku ważnych rzeczy nie można znaleźć (na przykład stopery do uszu do samolotu; na pewno się znajdą zaraz po moim wylocie w mieszkaniu, leżąc niewinnie na środku pokoju).
Póki co, do niedzieli jeszcze krajowa jestem. Potem krótki lot, przesiadka w Helsinkach (jeśli uda się coś tam zwiedzić, na pewno nie omieszkam o tym wspomnieć) i kolejny lot, tym razem długi, do Miasta Aniołów, Wielkiego Miasta Nieśmiertelnych, Miasta Śliwek czyli Bangkoku. Kolejne wpisy już z Azji
.
PS Archiwalne wpisy z poprzedniego bloga pojawią się tu zapewne we wrześniu po moim powrocie, chyba że bym się bardzo nudziła w Tajlandii i miała czas i ochotę je przenosić. A na to się nie zanosi.
KeGa powiedział
sierpień 3, 2008 @ 6:38 pm
To czekamy, Ryjku, z niecierpliwością na wieści ze świata