Ostatnio dotarły do mnie jakieś wieści (z Polski), że w Tajlandii sytuacja się pogarsza, że może zostać wprowadzony stan wyjątkowy, że lotnisko jest zablokowane, że kolej strajkuje i tak dalej. Tymczasem ja tu siedzę, gwoli ścisłości nawet w stolicy, gdzie te “zamieszki” niby mają miejsce i jakoś cisza. To znaczy nic się nie dzieje. Owszem, protesty przeciw premierowi są, ale są od paru dni; owszem, oblegana jest główna siedziba policji, która nawet nie wiem, gdzie jest (w takim razie nigdzie w pobliżu, a nie jest to trudne w tak wielkim molochu, jak Bangkok:)). Poza tym, bądźmy realistami – protesty kilku tysięcy osób nie spowodują paraliżu prawie 10-milionowego miasta; premier też zadnego “stanu wyjątkowego” nie wprowadzi, nikt w to tu nie wierzy, bo to już nie pierwsze (i zapewne nie ostatnie, patrzac na korupcję rządu) takie protesty. Po wtóre - kolej strajkuje, to prawda; zapewne dlatego odwołali nasz piątkowy pociąg, którym chciałyśmy jechać do Parku Narodowego Khao Yai i trzeba było brać autobus. I co z tego – pociągi w Tajlandii i tak się ciągle albo spóźniają, albo są odwoływane, więc ten strajk jakoś mnie nie dotknął. Co więcej - lotniska są zamknięte, ale te w Phuket i Krabi, świadczące loty krajowe. Ludzie, kto przy zdrowych zmysłach uwierzy, że kraj żyjący z turystów zamknie ot tak międzynarodowe lotnisko z powodu protestu paru tysięcy osób? Koleżanka, która już na rzeczone lotnisko pojechała, dała znać że wszystko w normie, ani protestów, ani blokady – nie ma jak potęga plotki stugębnej.
Wpis z sobotniej wizyty w Khao Yai pojawi się za czas jakiś (w zależności od dostępności kafejek internetowych oraz ilości czasu), ponieważ niedługo sama podążam odebrać Pewnego Pana z lotniska, a potem ruszamy z Bangkoku na północ. Tak więc jeśli jutro dojdą kogoś wieści, że Tajlandia znajduje się w ogniu krzyżowym partyzantów i sił rządu, a zagraniczni turyści są brutalnie mordowani przez buddyjską ludność – zmrużcie oko, bo media lubią sprawy podkoloryzować (o czym dobitnie się przekonałam w ciągu ostatnich dni). Jedynie wasz medyczny korespondent zda wam obiektywną i wolną od fałszu relację – to mówiłam ja, leworęczna!
PS. Dziś rano odwiedziłam najsłynniejszy targ Bangkoku – Chatuchak. Najprościej – wyobraźcie sobie dowolną rzecz, do domu, użytku własnego albo zupełnie bezużyteczną. Z 99-procentowym prawdopodobienstwem będzie do kupienia na tym wielkim targowisku . Naprawdę ogromny obszar, którego obejście zajmuje dobre kilka godzin (a i tak wtedy, kiedy nie ma jeszcze tłoku i nie trzeba się przeciskać w tłumie); stragany, stragany, salony masażu tajskiego, restauracyjki i kawiarnie. Jeśli ktoś nie ma jeszcze dość targów w Tajlandii, to jest to pozycja obowiązkowa (niekoniecznie żeby coś kupić); jesli ktoś targów nie lubi, to po prostu powinien wybrać się na ten w pierwszej kolejności – zwłaszcza, że sprzedawcy nie mają tu “maniery” zachęcania klienta do ich stoisk (chyba że rano są po prostu niewyspani i nie chce im się jeszcze:)).
W ten weekend było bardzo plażowo, co też i zaowocowało kolejną zmianą odcienia skóry (niestety nie obyło się bez barw wojennych, ale spróbujcie ominąć ten etap przy tajskim słońcu).
Jako pierwszą odwiedziłyśmy Pattayę, znaną również bliżej jako “miasto uciech”, jest ona bowiem sławna (czy może niesławna) z gałęzi turystyki dotyczącej uciech cielesnych . Potwierdził to wieczorny spacerek przez południową część miasta. Na większości ulic kluby go-go (czy raczej bary); zgodnie z zasadą “dla każdego coś miłego” – były panie w mundurkach i strojach pielęgniarek, w spódniczkach krótkich i krótszych, wszystkie mające jedną wspólną cechę – łapiące za ręce przechodzących ulicą panów i próbujące ich zaciągnąć do tego-właśnie-tego baru. Bary w większości podobne (różniące się tylko mniej lub bardziej wyszukanymi nazwami), oświetlone czerwonymi albo różowymi neonami, w większości z rurkami do tańczenia, ale zdecydowana większość pań w ramach tańca przy nich truchtała sobie obok w miejscu w rytm muzyki albo uprawiała jakis dziwny aerobik który z w/w tańcem przy rurze miał tyle wspólnego, co granie na skrzypcach z judo. Być może to jakiś lokalny koloryt, a my się nie znamy . Niestety, opisanego w przewodniku baru go-go z męskimi tancerzami nie znalazłyśmy, biednemu zawsze wiatr w oczy. Oprócz tego można było napotkać bary z występami scenicznymi pań albo panów w damskich ciuszkach.
Teraz dygresja – jeszcze o tym nie pisałam, ale transwestytyzm w Tajlandii jest dość popularny i nie ma konotacji seksualnych; ot, niektórzy mężczyźni chodzą w kobiecych ubraniach, malują się etc., co nie zmienia faktu, że uważają się za mężczyzn (czy prawdziwych – nie wiem ). Notabene tacy “lady-boys” są często-gęsto bardziej zadbani od kobiet; sama parę razy spytałam o drogę ładną dziewczynę (?), która odpowiedziała mi głębokim basem, z “naszego człowieka” z biura studentów zagranicznych w szpitalu też niezła laska jest, a w mailach podpisuje się “Mr” i głos ma zdecydowanie męski. To tyle rozległej dygresji, wracamy do Pattayi (wiążąc zgrabnie oba tematy dodam, że wśród pań ciągnących turystów do barów zdarzają się też oczywiście “panie”; po pewnym czasie naszą ulubioną rozrywką podczas spaceru było typowanie płci bardziej enigmatycznie wyglądających; a tak w ogóle ciekawa jestem, czy dla takiego turysty bliższe przebywanie w towarzystwie “lady-boy” jest bardziej nietypowym wakacyjnym przeżyciem, czy traumą;)).
W Pattayi lwią część turystów stanowią dziadki. W większości rosyjskie dziadki, bo to głównie bogaci Rosjanie przyjeżdżają tu na wczasy – dlatego też większość znaków i napisów jest po tajsku, rosyjsku i angielsku (notabene spotkałyśymy nawet jedną rosyjską wycieczkę i po spojrzeniu na ich ubiór w miejscach religijnych oraz zachowanie postanowiłyśmy w ich pobliżu mówić po angielsku;)). Dziadki przyjeżdżają na wczasy odchudzające albo inne rekreacyjne pitu-pitu, no i przy okazji (a może przede wszystkim) na dziewczynki. A więc wieczorami obrazek miejski wyglada tak, że w barach siedzą dziadki oblepione tajskimi dziewczynkami, albo idą po mieście etc etc. Trochę śmieszne, trochę niesmaczne. Oczywiście sponsorami miasta są Viagra i Cialis, a na kazdym parasolu plażowym i w barze jest numer telefonu do szpitala świadczącego całodobową opiekę (zapewne na wypadek jakby dziadkom stanęło serce zamiast czegoś innego). To chyba tyle o ciemnej stronie miasta. Aha, numer call center w Pattayi to 1337 (i wszystko jasne).
Na szczęście okazało się, że w dzień też jest co robić. Weszłyśmy na punkt widokowy z pomnikiem, potem odwiedziłyśmy świątynię z wielgaśnym posagiem Buddy oraz drugą z parkiem z konfucjańskimi sentencjami; wszystko na własnych nogach! Śmiem twierdzić, że byłyśmy jedynymi tego dnia turystami (a w ogóle jednymi z nielicznych), którzy wybrali pieszą drogę pod górę w upale – zresztą nie spodziewałabym się jakiejkolwiek “żyłki górołaza” po turystach odwiedzających Pattayę .
Resztę dnia spędziłyśmy na “koralowej wyspie” czyli Ko Lam – 40 minut statkiem od Pattayi (towarzystwo na statku: połowa Tajów, połowa Rosjan, czasem “pary mieszane towarzyskie” – młoda Tajka plus dziadek; natomiast obecni na statku rosyjscy młodzieńcy jak jeden mąż wyglądali jak liderzy zespołu disco polo). Plaża – marzenie: biały biaseczek, turkusowa cieplutka woda (ale za to jaka słona), coś pięknego. Popluskałam się, poleżałam pod parasolem, pospacerowałam i aż żal było wracać z tego miejsca zupełnie oderwanego od rzeczywistości.
Druga część naszej wycieczki zaczęła się w miasteczku Sri Racha, które było bazą wypadową na wyspę Ko Si Chang. Miałyśmy okazję spać w “wodnym hotelu”, który był zbudowany na molo i okazał się być najchłodniejszym miejscem noclegowym jak do tej pory, zapewne z powodu wody pod podłogą właśnie .
Po dotarciu statkiem na wyspę zaliczyłyśmy morderczą wędrówkę (w upale, a jakże) po atrakcjach tam rozrzuconych. Wszyscy biorą tuk-tuki? Mięczaki! Jak my nie damy rady, to kto da? I oczywiście dałyśmy, z tym że na finiszu zaczęłam już czuć zapach własnego potu, co było objawem mocno niepokojącym, a ciuchy to mi już zupełnie od potu przemokły; detox gratis! Dlatego po odwiedzeniu chińskiej wielopoziomowej świątyni, ogromnego Żółtego Buddy, centrum medytacji mnichów oraz wejściu na wiele-wiele schodów do odcisku stopy Buddy (to było najbardziej mordercze, ale za to jakie bedę miała mięśnie nóg mocne) stwierdziłyśmy, że mamy być z czego dumne, a na plażę znajdującą się po przeciwnej stronie wyspy możemy wziąć tuk-tuka i nie zaszkodzi to naszej reputacji wędrowca .
Plaża na Ko Si Chang – zupełnie inna od tej z Ko Larn – kamieniste dno, woda – jeśli już opisywać ją w odniesieniu do kamieni szlachetnych – szmaragdowa (ale równie ciepła i słona), fale silniejsze i mnóstwo-mnóstwo rozmaitych muszelek wyrzuconych i ciągle wyrzucanych na brzeg – daje chyba tylko szczątkowe wyobrażenie o tym, jaki ogrom życia kryje się w tych wodach.
Powrót, jak to powrót w Tajlandii – planuj sobie człowieku, że wg przewodnika autobus jedzie dwie godziny; i tak okaże się, że jedziesz trzy, bo autobus zatrzymuje się ciągle na dziesięciominutowe (w najlepszym razie) postoje, podczas których pani sprzedająca bilety donośnym głosem zwołuje na przystanku pasażerów żeby dopchać jak najwięcej miejsc siedzących, a do autobusu wchodzą sprzedawcy różnego rodzaju jedzenia – to jest jednak biznes przy tych przedłużających się przejazdach . Na szczęście w końcu dotarłyśmy do Bangkoku i można było doprowadzić się do stanu używalności przed kolejnym medycznym tygodniem.
Mija pierwszy tydzień anestezjologii – raz na wozie, raz pod wozem; czasem trafi się taki fajny doktor, co pozwoli i powentylować przez maskę, i popróbować nakłucia tętnicy promieniowej, i założyć wkłucie centralne do żyły szyjnej zewnętrznej; a czasem są tylko “emergency” i jedyne, co mi pozostaje, to obserwacja tego, jak się z wkłuciami i znieczuleniami trudnych przypadków męczą Tajowie. Dziś na dobry koniec tygodnia miałam pierwszą intubację. W obecności Profesora Prześmiewczego. To znaczy, że wszystko było źle (a jak było źle, to mi wyrywał laryngoskop albo szczypał w rekę; Bogu dzięki skończyło się tylko na jednym szczypnięciu, bo bym się nowych siniaków nabawiła). Ale intubacja się udała (chociaż technika wg profesora była Zła przez duże “z”, każdy jej element był Zły), a Profesor Prześmiewczy zapytawszy, która to moja intubacja, otrzymał zgodną z prawdą odpowiedź: “pierwsza”, i uznał że w takim razie to jestem lepsza niż niemieccy studenci z zeszłego miesiąca, bo sobie radzę podobnie jak oni, a jakoby byli po anestezji na studiach i mieli spore doświadczenie w intubacji (Wg profesora nic nie warte to ich doświadczenie, bo i tak robili wszystko źle. To znaczy Źle). Tak że ucieszyłam się z niewątpliwego komplementu, posłuchałam jeszcze jak to dużo mam do poprawienia (niespodzianka, na razie to jeszcze nic nie umiem, więc nie wiem z czego poprawiać), posłuchałam jak Profesor Prześmiewczy pastwi się nad swoimi rezydentami (co trwało tak z pięć razy dłużej niż nade mną; pewnie dlatego, że zna większy zakres złośliwości po tajsku niż po angielsku ) i pofrunęłam sobie na małych anestezjologicznych skrzydełkach pakować się na weekendowy wyjazd. W związku z czym ponownie zapowiadam sieciową nieobecność, a następny wpis wraz z dokumentacją – po powrocie.
Po weekendzie życie zwolniło tempa, co ma swoje pozytywne implikacje między innymi w ilości wydawanej gotówki. Od wczoraj siedzę sobie na anestezjologii i dzień mija dość szybko, bo jak wychodzę, to już jest zwykle popołudnie i praktycznie koniec dnia (o tej porze roku o 19 jest tu już prawie ciemno). Nie przeszkadza mi to zbytnio, większość atrakcji w Bangkoku które chciałam zobaczyć, już zobaczyłam, a w tygodniu i tak nie ma jak jechać poza miasto; nie mam nic przeciwko przerzuceniu się na tajskie masaże i posiadówy w knajpkach zamiast przepychania się przez korki i gubienia w drodze od jednego do drugiego zabytku (masaż olejkiem, notabene, został już zaliczony podczas wypadu do Kanchanaburi; z tradycyjnym tajskim poczekam, aż mi się siniaki po wodospadzie Erewan wygoją:)).
Na anestezji zajmuje się mną Profesor Prześmiewczy (tak go będę tytułować), który ze sposobu bycia przypomina w pewien nieuchwytny sposób psora T. od matematyki z liceum (tak, tego samego od “chamskich sznurków” i “zmieńcie sobie w tym równaniu co je wymyśliłem plus na minus, bo wam głupi ułamek wyjdzie” pod koniec klasówki). Ogólnie jest mniej więcej tak, jak mi to jakiś czas temu opisywali niemieccy studenci robiący wcześniej anestezję: żadna twoja odpowiedź nie jest dobra (nawet, jeśli tak napisano w podręczniku, kto by tam wierzył podręcznikom, pft); nic, co robisz, nie robisz poprawnie etc etc. Za dotykanie laryngoskopem zębów w czasie intubacji dostaje się po głowie. No i oczywiście zajęcia sa rozpisane od 7.30 do 16, ale chłopcy twierdzili, że w szpitalu siedzieli od 6 rano do 18; mnie też profesor wspomniał, że oddział jest otwarty od 6 rano, więc mogę przychodzic ćwiczyć na manekinach, a po zajęciach też do 18 mogę zostawać. Moją odpowiedzią było grzeczne i wysublimowane “haha” – nie wiem, w jaki to cudowny sposób mogłabym ćwiczyć np. intubację przez 1,5h non stop, mnie już po pół godziny odpada ręka i “celność” się zmniejsza przez to zmęczenie materiału, więc zdefiniowałam ten czas jako moją optymalną dzienną dawkę . Mimo wszystko profesor jest sympatyczny (uwielbiam takich złośliwców), jak się nie bierze zbyt poważnie jego wycieczek osobistych to w ogóle szafa gra, a i jest ciekawie, bo dużo pokazuje i udziela dobrych rad. Tak że póki co, wdrażam się w czynności anestezjologiczne, może coś się praktycznego z tego wykluje w ciągu najbliższych dwóch tygodni.
Wczoraj wieczorem na Khao San zahaczyłysmy o tajski klub Brick Bar, muzyka na żywo, mówili przed wejściem, zaciągnijcie się, mówili. W środku oczywiście ceglane ściany, bo nazwa zobowiązuje; wystrój taki zabawny misz-masz (czy hodgepodge, jak to mówią niektórzy ) – na jednej ścianie wisi jakieś poroże i rząd zabytkowych dubeltówek, na drugiej – stary gokart i rower (moze jako unikat w tym zmotoryzowanym mieście?), a na pozostałych – czarno-białe portrety. Do tego piętro stylizowane na drewniany most i z całości wyszedł przyjemny, choć nie pozbawiony pewnej kiczowatosci (taka kiczowatość wakacyjnych kurortów, jeśli ktoś łapie moje skojarzenia) miks. Zespół dał czadu – wokalistka, wokalista, klawiszowiec, gitarzysta i trzech chórkowo – puzonowych – były covery starych dobrych anglojęzycznych przebojów, a także jakieś tajskie lokalne hity, które nie przeszkadzały nam się świetnie bawić i tańczyć pod samą sceną . Było tak, jak powinno być – letnia atmosfera, sympatyczne dźwięki, każdy utwór brzmiał “wakacyjnie”. Tajowie, jak się okazało, w knajpach piją głównie whisky, z colą albo wodą; pijących piwo widziałam mało. I to zamawiają całe litrowe flachy na kilka osób – dosyć sprawnie im to schodziło; ciekawe, czy bez tego też tak chętnie by tańczyli . Poza tym z ciekawostek – imprezy w knajpach kończą się między pierwszą a drugą w nocy – ot, zespół, czy inna muzyka przestaje grać, światła się zapalają, ludzie wychodzą. Ponoć są knajpy, gdzie zabawa zaczyna się dopiero po północy, ale to głównie pod turystów (bo i wstęp jest zbyt drogi dla tubylców na to, żeby bawić się częściej; zwykle koło 15-20 PLN). Z wieczoru miło też wspominam zaskoczenie cywilizacją – w środku nie mozna palić. Nie pamiętam, kiedy ostatnio po powrocie z knajpy nie śmierdziałam dymem papierosowym. Co prawda po dyskretnej woni przechodzących obok panów wracających z toalety wywnioskowałam, że mniej lub bardziej oficjalna palarnia jest tam, ale to już żadnego wpływu na zapach w samym klubie nie miało. Chcę tak u nas!
Niektórzy całe życie mają szczęście, a więc dziś Profesor Prześmiewczy wyjechał o 13 na jakieś wykłady, więc po przerwie obiadowej zostałam na sali operacyjnej z Tajami mówiącymi tylko po tajsku, którzy na dodatek nie czuli potrzeby zajmowania się mną, być może wychodząc z założenia pt. “poradzi sobie”. Na szczeście ludzie z intensywnej terapii zapunktowali 1:0 z ginekologią i powiedzieli mi sami “profesora już dziś nie będzie, możesz iść gdzie chcesz”. Bingo, i tak bym nic nie zyskała na przysłuchiwaniu się tajskim pogaduszkom i bezmyślnym patrzeniu w podłączoną aparaturę Tak więc korzystając z okazji i wczesnej pory postanowiłam pozwiedzac jeszcze trochę Bangkoku póki jasno.
Padło na Golden Mount i Wat Saket, świątynie położone tuż obok siebie, a także Ban Baht – Monk’s Bowl Village. Ze szczytu Golden Mount można podziwiać panoramę Bangkoku, a Ban Baht nie jest wioską w pełnym tego słowa znaczeniu – to raczej zaułek, plątanina wąskich przejść między budynkami, przez które trzeba się przeciskać. Mieszkają tu rzemieślnicy wykonujący ręcznie śliczne misy wypalane w ogniu (wreszcie coś niekomercyjnego i różniącego się od kolorowego kiczu z tajskich bazarów). Przed samym wylotem na pewno skuszę się na jedną, ale nie miałam serca kupować już teraz, a potem tarabanić biedactwo po Tajlandii we wrześniu .
Weekend, weekend i po weekendzie, a działo się sporo i trochę ciekawych miejsc odwiedziłam, więc spieszę opisywać co następuje:
W piątek przed wyjazdem z miasta postanowiłam nadrobić zwiedzanie Bangkoku i odwiedziłam muzeum narodowe i farmę węży. Muzeum bardzo ciekawie zaplanowane, rozmieszczone w kilku budynkach, z czego większość sama w sobie stanowiła zabytek (np. czerwony dom), a tylko nieliczne były typowymi wielkimi białymi muzealnymi pomieszczeniami z eksponatami. Na zwiedzaniu zeszło mi dobrych kilka godzin, a i tak pod koniec przyspieszyłam tempo, bo i czas mnie gonił, i nogi zaczęły dawać o sobie znać.
Farma węży w Bangkoku została założona w 1923 roku (jest drugą najstarszą na świecie) w celu pozyskiwania surowicy przeciw ukąszeniom węży, i takiemu celowi służy po dzień dzisiejszy. Można w niej podziwiać najróżniejsze gatunki tych gadów (np. kobra królewska, niemrawiec prążkowany, żmija Russela, węże morskie), a codziennie odbywa się “dojenie” z jadu oraz pokaz węży, podczas którego prowadzący udziela w zabawny sposób ciekawych informacji na temat poszczególnych gatunków, pracownicy farmy imponują zręcznością w obchodzeniu się z wężami, a śmiałkowie mogą sobie nawet zrobić zdjęcie z gadziną (tak, oczywiście też się skusiłam). Impresje po opuszczeniu miejsca są bardzo pozytywne, w zamian za bilet (dość drogi jak na tajskie realia) dostajemy sporo fachowych informacji przedstawionych w przystępny sposób, ciekawe widowisko i trochę adrenaliny .
Kolejne atrakcje to już weekendowy wypad do Kanchanaburi – i zaczęło się od trzęsienia ziemi, czyli problemów logistycznych. Z racji zwiedzania Bangkoku pojechałam tam o 1,5 h późniejszym autobusem niż reszta dziewczyn (które już były i w muzeum, i na farmie). Obiecały znaleźć pensjonat i zająć pokoje, wybrałyśmy knajpkę na spotkanie w miasteczku i szafa grała (a przynajmniej tak się nam wydawało). Po przybyciu po dość sprawnej podróży do miasteczka w umówionym miejscu nie było ani żadnej z dziewczyn, ani wiadomości od nich. Tak więc spędziłam ponad pół godziny odganiając kelnera, że “za chwilkę złożę zamówienie, tylko czekam na znajomych, którzy się spóźniają”, bluzgając na nie dające znaku życia, martwiąc się że coś im się na pewno stało, po czym wściekła zamówiłam wreszcie jedzenie i obowiązkowo piwo (tajska Singha jest naprawdę dobra :3). I oto z trzykwadransowym spóźnieniem przyszedł sms od mojej koleżanki, a za chwilę ona sama; zdziwiona, że jestem przed nimi, skoro one dopiero przyjechały do miasteczka bo stały w jakichś potężnych korkach, przez co jazda trwała ponad 4 godziny (a nie 2, tak jak moja). Naturalnie nie wysyłały mi żadnej wiadomości wnioskując, że jesli one stoją taki kawał czasu, to ja się w Kanchanaburi pojawię jeszcze później po nich. Napięcie opadło, jedzenie zostało pożarte, piwo wypite i poturlałyśmy się do Jolly Frog, czyli naszej noclegowni.
W sobotę zafundowałyśmy sobie wycieczkę do Erawan National Park, którego największą atrakcją jest siedmiokaskadowy wodospad Erawan (miejsce zarówno wypraw turystów, jak i rodzinnych pikników Tajów). Miejsce jest przepiękne – turkusowa woda i zielony las, podejście pod górę przy kolejnych kaskadach, a na końcu wysokie skały i wypływający z nich wodospad – nie wiadomo co robić najpierw, podziwiać te cuda natury czy chlapać się w czyściutkiej wodzie, która spływając tworzy zbiorniczki, począwszy od płytkich “do brodzenia”, po małe jeziorka, w których jak najbardziej można popływać. W tych ostatnich “atrakcją” były ryby (różnej wielkości – od kilku do nawet trzydziestu kilku cm), skupiające się głównie przy brzegach i “gryzące” wchodzących i wychodzących z wody jeśli na chwilę przestawali się ruszać (a przy śliskich kamieniach było to nieuniknione); oczywiście podskubywanie przez ryby (zwłaszcza przez te wielkie bestie), skądinąd nieprzyjemne uczucie, implikowało różne podskoki i inne hołubce, więc ludzie i tak się ślizgali, wpadali na kamienie, nabijali sińce, etc. Przetestowano. Przynajmniej była motywacja do aktywnego pływania .
Po wycieczce składającej się z naprzemiennych spacerków, podejść i kąpieli w wodospadzie, wróciłyśmy do Kanchanaburi i z przyrodniczego klimat zmienił się na poważno – historyczny. Odwiedziłyśmy Thailand-Burma Railway Centre i znajdujący się obok Allied War Cemetery – czyli cmentarz żołnierzy poległych przy budowie “kolei śmierci” podczas drugiej wojny światowej, a także słynny most na rzece Kwai, będący cześcią owej kolei. Muzem (nie pierwszy raz w Tajlandii) robi niesamowite wrażenie, jedna z sal jest stylizowana na wagon do transportu jeńców (naturalnej wielkości – człowiek naocznie przekonuje się w jak małych klitkach upychano po 28 mężczyzn), inna na szpital polowy; mnóstwo jest makiet, przedmiotów osobistego użytku jenców, szkiców i grafik wykonywanych przez nich, reliktów przeszłości, np. bardzo przemawiające do wyobraźni długie deski z gwoździami do podkładów powbijanymi w nie w celu zobrazowania ilości zgonów… (1 gwóźdź = 500 śmierci) Wszystko to uzupełnione szczegółowymi informacjami przez wiszące na ścianach plansze powoduje, ze człowiek czuje się lepiej wyedukowany niż przez jakikolwiek podręcznik historii. Podobnie, gdy staje się w bramie cmentarza Allied War Cemetery – tysiące nagrobków, w większości dwudziestoparolatków – żadna z książek nigdy nie odda wagi tego wydarzenia tak, jak to jedno miejsce. I dobrze, że w muzeum można było kupić wiązankę kwiatków i złożyć na którymś z nagrobków – to chyba jedyne, co można zrobić…
Następnego dnia odwiedziłysmy jeszcze mniej znany cmentarz Chung Kai, znajdujący się nieco za miastem, również skrywający jeńców poległych przy budowie kolei; a także grotę – świątynię (po raz kolejny nic ciekawego, przereklamowane te groty, ot, powpychane do jaskini posągi Buddy i ołtarzyki, wszystko wygląda bardzo “na siłę”).
I w końcu przechodzimy do ostatniego punktu wycieczki, nie mniej ciekawego niż poprzednie, czyli Tiger Temple. W zasadzie wygląda to jak zoo. Ale o ile nawet w zoo w Bangkoku klatki były (dyskretne bo dyskretne, ale ich obecność była niezaprzeczalna), o tyle tu klatek nie ma. Po prostu Arka Noego. Wokół ludzi drepczą sobie dziki, dostojnie kroczą pawie, tuptają sarnowate (na tyle oswojone, że same czasem podchodzą; dziki nadal pozostały dzikami i podejść się nie dały:)). I oczywiście królowie tego miejsca, czyli tygrysy. Ogromne, przepiękne bestie, do których po raz pierwszy w życiu mogłam podejść, przykucnąć obok, poskrobać trochę po grzbiecie (wszystko oczywiście w obecności pracowników; zdarzyły się już (nieliczne, dodajmy, wszelkie środki ostrożności są podejmowane) przypadki poturbowania turysty przez zdenerwowane zwierzę. Oprócz tego nie mniejszy entuzjazm budziły małe tygrysiątka, włażące jedno na drugie, bawiące się i piszczące, które można było poprzytulać i posmyrać bez obawy utraty smyrającej kończyny .
Tyle wrażeń z weekendu, oczywiście wpis byłby niczym bez zdjęć i filmików:
Dziś zwiedzania nie było, bo ze szpitala wyszłam po 15. Notabene zawsze mnie rozbrajają tacy ludzie jak lekarze z kliniki kolposkopii. Ostatnią pacjentkę już się kończy badać, ci sobie gadają i żartują w najlepsze (po tajsku oczywiście), a my stoimy jak te cepy. I trzeba iść, i się spytać – czy to już ostatnia pacjentka na dziś? Tak, ostatnia. No to możemy sobie iść? Tak, możecie. Ale jakbyśmy nie spytali, to można było tak stać ad mortem defecatam*…
Żeby nie zmarnowac całkiem dnia, postanowiłam przypuścić atak na słynne kampusowe centrum sportowe, z którego jakoby możemy korzystać. I była to najlepsza decyzja tego dnia – już wiem, że w wolnych chwilach będę tam częstym gościem. Siłownia jak się patrzy – przy każdym urządzeniu instrukcja po angielsku z rysunkami, więc nawet dla początkujacego nie ma problemu; sala do aerobiku z mnóstwem stepperów (super zabawa:)), oprócz tego sale ze stołami pingpongowymi i do gry w badmintona… wcale się nie dziwię, że pod wieczór robi się tam trochę tłoczno.
Ponieważ jutro wybywam na całodzienne zwiedzanie Bangkoku, a potem w planie jest weekendowa wycieczka poza miasto, najbliższe wieści zapewne dopiero w przyszłym tygodniu .
* Ad mortem defecatam (łac.) – chyba nie muszę tłumaczyć, co to znaczy…
Po dość intensywnym długim weekendzie nadeszła pora na przystopowanie i dobrze, bo już trochę miałam dość zwiedzania i pytania o drogę (to w szczególności). Na szczęście nie miałam specjalnych skrupułów z powodu niewykorzystywania wakacji, bo ze szpitala wyszłam po 14 – za późno na to, żeby (biorąc pod uwagę korki) jechać do pałaców, muzeów etc., które to o 15.30 się zamykają, a jednocześnie za wcześnie na to, żeby nie wyjść nigdzie. Szybkie kartkowanie nowego przewodnika i gotowa była krótka trasa na popołudnie – cała piechotą albo skytrain’em, a więc bez korków i denerwowania się.
Zaczęłam od domu Jima Thompsona, który we wszystkich przewodnikach jest opisywany jako Must See. To specyficzne muzem na tle podobnych instytucji wyróżnia się kameralnością i bardzo przyjemnym ogrodem. Zwiedzanie odbywa się w grupach z anglo- lub francuskojęzycznym przewodnikiem (tajskim oczywiście, więc i tak czasem trudno go zrozumieć; może francuski był lepszy;)), a wewnątrz domu chodzi się boso (jak zresztą w większości muzeów w Tajlandii), co jest naprawde bardzo kojące dla człowieka, który dopiero co ze zgiełku kilkumilionowego miasta skręcił w cichą uliczkę.
Kilka stacji skytrain’em dalej i lądujemy w dzielnicy wieżowców, gdzie na rogu ruchliwego skrzyżowania, tuż przy centrach handlowych i hotelach, stoi hinduska świątynia Erawan (Sat Phra Phrom). Postawiona została w celu odwrócenia złych wydarzeń, jakoby spowodowanych rozpoczęciem budowy sąsiedniego Erawan Hotel w nieodpowiednim dniu (w Tajlandii wszystkie ważne decyzje typu: ślub, przeprowadzka, rozpoczęcie budowy etc etc, są konsultowane z astrologami, którzy wyznaczają “odpowiednią datę” wydarzenia mającą przynieść szczęście i powodzenie; jest to ogólnie praktykowane, zarówno przez przeciętnych zjadaczy chleba, jak i np. polityków). Obecnie przylgnęła do niej etykietka “spełniacza życzeń”, tzn. ludzie modlą się tam w intencji życzenia, a jeśli się spełni, wracają tam ponownie i dają datek grupie tancerek w tradycyjnych strojach, które przez cały czas otwarcia świątyni dają artystyczny pokaz.
Miał być dzień wolny, święto narodowe, odpoczynek – a wyszedł dzień irytacji; no, bądźmy uczciwi, pierwsze dwie trzecie dnia. Na “dobry” początek głupie proxy z uniwersytetu nie chciało pozwolić na oglądanie meczu siatkówki via net – no to chyba tyle sobie pooglądałam IO i dobre rady pana Piotra D. się zmarnują. Liczę tylko na to, że jak już nasi wyjdą z grupy (spróbowaliby nie wyjść), to bedzie ich można w normalnej telewizji obejrzeć (nawet w knajpie jakiejś). Nic, trzeba się obejść smakiem, ale człowiekowi zawsze przykro jak się nastawi, a coś nie wypali.
Potem jak stwierdziłam, że już wyjdę pozwiedzać, to oczywiście się rozpadało. Nie taki pięciominutowy niby-deszczyk, prawdziwa ulewa. A jako że gorąco było jak zwykle, to wszystko co spadało na ziemię, natychmiast parowało i człowiek dostawał wodą z dwóch stron. Po prostu super.
Oczywiście w miescie korków na urozmaicenie dnia nie mogło ich zabraknąć. Już nigdy nie powiem, że w Krakowie są korki, u nas są koreczki, korunie, a nie takie mega-korki jak tutaj. Przez godzinę pokonaliśmy niesamowitej długości odcinek, który tak na oko przeszłabym w tym czasie tam i z powrotem, a może i zaczęłabym drugie “tam”. Pewnie i skończyłoby się na przejściu piechotą, ale nie chciało mi się moknąć w ulewie. Tak że gotowałam się w środku i bluzgałam sobie bezgłośnie, a czasem i szeptem; przez klimatyzację i tak niczego nie było słychać, zresztą, kto tu rozumie język polski .
Jak już wysiadłam z autobusu i zdążyłam zmoknąć po drodze do Muzeum Narodowego, to się okazało na miejscu, że dziś zamknięte (bo święto narodowe). Oczywiście jadąc tam rozważałam taką możliwość, ale po cichu liczyłam na weekendowe godziny otwarcia. Na dodatek panowie przy bramie muzeum wyglądali na bardzo rozbawionych moim widokiem (taka zmokła kura z braku parasola okutana w czerwony szal, też już przemoczony; doprawdy, nie wiem co w tym zabawnego), więc ciśnienie mi się podniosło o kolejnych kilka mm Hg i podreptałam na Khao San mamroczac, że jak z powodu deszczu kramy będą zamknięte, to już strzelę sobie w łeb na miejscu (pytanie, z czego).
Na szczęście nie doceniłam potęgi handlu i turystyki; wszystko było na miejscu – i sklepik z pysznymi koktajlami owocowymi, i kramy (choć w większości pozakrywane prowizorycznie przezroczystą folią), i masa turystów. Zaczęło się też przejaśniać, więc wędrując między straganami trochę obeschłam; nabyłam też okazyjnie grubaśny przewodnik do Tajlandii, który na pewno mi się przyda w dalszych wojażach, a pyszny naleśnik z bananami całkowicie utwierdził mnie w przekonaniu, że dziś będzie już tylko lepiej.
Z okazji urodzin królowej nie było jakichś wielkich uroczystości (plotki o fajerwerkach też się nie potwierdziły, a szkoda). Na Khao San zahaczyłam o jakiś występ artystyczny z tej okazji, potem podziwiałam udekorowane złotymi lampkami centrum i tyle; niemniej spacerek po “starym mieście” Bangkoku był bardzo przyjemny.
Z okazji długiego weekendu (we wtorek święto narodowe – urodziny królowej Sirikit, obchodzone równiez jako Dzień Matki) “urwało” nam poniedziałkowe zajęcia w szpitalu, w związku z czym na te dni zaplanowałysmy (razem z Austriaczkami z pokoju obok w akademiku) dłuższą wycieczkę. Początkowe plany zostały nieco zmodyfikowane i część z nich przełożono na weekend przyszły, ale całkiem sporo udało się zobaczyć. W kolejności zwiedzania były to: Ayutthaya, pływający targ i Phetchaburi.
Ayutthaya, dawna stolica Tajlandii, jest cała usiana ruinami starego miasta, które wizualnie robią ogromne wrażenie. Ponieważ powierzchnia, na której są rozmieszczone, jest dosć spora, najbardziej opłacalną czasowo i finansowo opcją jest wynajęcie roweru (30 BHT czyli ok. 2 PLN za cały dzień) i pedałowanie po całym mieście w poszukiwaniu co ciekawszych zakątków. Jako że w dzień w Tajlandii bywa tzw. “lampa”, po południu (mimo kilkukrotnego smarowania się kremami z wysokim filtrem) zaczęłam już przyjmować barwy wojenne (róż, czerwień, te sprawy; na szczescie faktor 30 sprawił, że wszystko ładnie zaczęło brązowieć zamiast złazić jak z węża i boleć). Noc spędziłysmy w pensjonacie “Tony’s Place”, który zdobył moja ogromną sympatię ze względu na przytulność, niskie ceny, pyszny smażony ryż z ananasem i orzechami nerkowca, a także jogurtowe koktajle z owoców tropikalnych. Aha, i obsługa mówiła po angielsku, co – patrząc wstecz na ten weekend – jest jednak rzeczą o tyle miłą, co rzadko spotykaną niestety.
Następnie powrót do Bangkoku i wyprawa stamtąd do Damnoen Saduak (niestety, tzw. pipidówki mają w bardzo słabym stopniu rozwiniętą komunikację między sobą i nie dało się tam pojechac bezpośrednio z Ayutthai; jedyną opcją była wycieczka organizowana przez pensjonat, która kosztowała tak ze dwa razy tyle, co nasza podróż przez Bangkok – takie wycieczki w różne miejsca są na porządku dziennym i jak ktoś nie chce się użerać samemu z organizowaniem wyprawy to może skorzystać, finansowo oczywiście trochę mniej;)). W Damnoen Saduak przenocowałyśmy w hoteliku Noknoi, wygladającym co prawda jak socjalistyczne uzdrowisko, ale z czystymi i sporymi pokojami (niestety dla mnie trochę zbyt mało przewiewnymi), a wcześnie rano w poniedziałek wynajętą łódką popływałysmy po “pływającym targu” (Floating Market), z którego miejscowość słynie. Niestety, łącze w pobliskiej kafejce okazało się być zbyt słabe, by umożliwić oglądanie niedzielnego meczu siatkówki Polska – Niemcy (krwi!), ale dzięki prywatnemu sportowemu serwisowi smsowemu udało się stworzyć namiastkę meczu, za co jeszcze raz dziękuję :*.
W końcu po długim czasie (pisałam coś o komunikacji między pipidówkami?) dotarłyśmy (już bez Austriaczek, są raczej typem “niedzielnych turystek” i wymiękają przy dłuższych lub bardziej męczących wyprawach) do Phetchaburi, gdzie zwiedziłyśmy jaskiniową świątynię (wbrew interesującej nazwie, nic ciekawego), park historyczny Khao Wang i najciekawsze świątynie.
Z uwag osobistych: o języku angielskim pisałam już wyżej, ale temat nie został wyczerpany. Nie wierzcie żadnym przewodnikom turystycznym, w których jest napisane, że angielski jest ogólnie rozumiany w Tajlandii. Kłamstwo! Może tak jest w Bangkoku (w większości), ale na prowincji bardzo trudno spotkać taką osobę; zazwyczaj jest to policjant z informacji turystycznej (sic! – z drugiej strony w Tajlandii nikt i tak nie przestrzega przepisów ruchu drogowego, więc muszą się zająć czymś innym;)) albo jakiś młody człowiek w wieku licealno – studenckim. Ja po trzech dniach na prowincji pod koniec już przestałam się odzywać do jakichkolwiek tubylców, bo miałam dość głupkowatych spojrzeń i czegoś w rodzaju “He?” kiedy pytam po angielsku o drogę.
Po drugie – ja wiem, że jest pora deszczowa, low season i te sprawy, ale chęć niektórych Tajów do naciągnięcia turystów wzbudziła we mnie w pewnym momencie takie obrzydzenie, że miałam ochotę użyć wobec tychże delikwentów gestów uznanych ogólnie za obraźliwe. Przykład- jedziemy autobusem do Damnoen Saduak, pani sprzedająca pieniądze pyta gdzie jedziemy. Tu i tu. Aha, to ja was wysadzę pod łodziami, żebyście nie miały problemu z trafieniem. Super super, my się już rozpływamy jakie to kobieta ma dobre serce, faktycznie wysadza nas na przystani, przybiega facet i zaczyna nawijać ze nam wynajmie na jutro rano łódź, jedyne 200 BHT od osoby, a dziś 200 BHT razem za rezerwację łodzi. Mi coś już śmierdzi, czytałam w przewodniku, że za całą łódź biorą 300 BHT, a tu się od nas 1000 próbuje wydębić. Gość nieco nachalny, więc stwierdzamy z dziewczynami, że poszukamy łodzi na innej przystani – i magia, cena w cudowny sposób spada do 150 BHT za osobę i nie trzeba płacić rezerwacji. Czary mary? Jeszcze lepiej jest następnego dnia rano. Dochodzimy do przystani, a wyskakuje inny facet (zmiennik zapewne) i zaczyna gadkę jak to on nam wynajmie łódź… 300 BHT za całość. I tak faktycznie płacimy tyle, co w przewodniku, ale czuję niesmak po tych ich machlojach. Ta pani z autobusu to też pewnie jakas rodzina . Może u nas w kraju jest zdzierstwo turystyczne, ale nikt nie robi chyba (chyba, piszę) takich przekrętów. Aha, czwórka obcokrajowców, która zameldowała się w hotelu chwilę po nas, dała się namówić na wycieczkę na pływający targ organizowaną przez hotel – jedyne 250 BHT od osoby…
To samo jest z zaczepianiem, stale ktoś nam oferuje taksówkę, tuk-tuk (to też taksówka, tylko ma postać mini-mini ciężarówki, która przewozi turystów “na pace”), jedzenie, picie… argh, domyślam się że każdy chce zarobić na kasiastych Europejczykach którzy śpią na ojro (:P), ale takie zachowania są na dłuższą metę nie do zniesienia (zwłaszcza gdy siedzisz na dworcu czekając na pociąg przez pół godziny i jakiś uparciuch przez te pół godziny woła do ciebie “you, you” i próbuje wcisnąć (sprzedać) worek ogórków. Panie, na cholerę mi ten wór?;)).
Oczywiście nie znaczy to, że Tajowie są źli, po prostu przeciętnego Europejczyka na dłuższą metę taka usłużno-nachalna mentalność może denerwować, a oni pewnie mają taki sposób bycia, otwarty i bezpośredni. Plus tego jest taki, że jak pytasz o drogę, to nie dość że się zleci z pięć osób, to jeszcze zawsze znajdzie się ktoś, kto Cię do tego miejsca zaprowadzi, nawet jeśli jest kilometr dalej. Tak że ogólnie pozytywnie; oszuści zdarzają się wszędzie, a dla doświadczonych turystów (ha, pochlebiam sobie;)) Taja-oszusta nie jest zbyt trudno rozpoznać, a jeszcze łatwiej postawić i tak na swoim.
Tradycyjnie fotki z weekendu i filmiki:
Tony’s Place:
Jak się płynie łódką po prostej:
I bonus – wieczorna jazda autobusem po Bangkoku (nieklimatyzowanym oczywiście), przystanek pod naszym szpitalem:
Dziś na celownik poszły: ogród zoologiczny (połozony notabene rzut beretem od naszego szpitala) czyli Dusit ZOO, oraz kilka świątyń na dobry początek.
ZOO w Bangkoku jest miejscem wykonanym z niesamowitym pomysłem, z wyglądu przypomina jak dla mnie wioskę w dżungli. Budynki mają “wioskowe” kształty, wszędzie pełno jest smaczków dodających realizmu, a ogrodzenia i klatki są wykonane tak dyskretnie, że sprawiają wrażenie naturalnego środowiska. Oprócz tego jest staw, po którym można popływać sobie rowerem wodnym, podziwiając przy okazji faunę i florę, a także małą świątynię. Kącik do zabawy dla dzieci i knajpki (w tym KFC) są tak sympatycznie wkomponowane w krajobraz, że zupełnie nie psują naturalności ogrodu. Niestety mapka dołączana przy wejściu okazała się być nieaktualna i pingwinów nie było. Koali też nie .
Następnie razem z koleżanką zahaczyłam o Wat Benchamabophit (The Marble Temple), czyli świątynię z “kampusem mnichów”. Tajscy mnisi są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów i nie mają nic przeciwko robieniu zdjęć ani im, ani świątyni (łącznie z Buddą). Co do stroju, to ja przywdziałam całe buty i okutałam ramiona szalem, ale widziałam też kilku turystów (i turystek) w krótkich spodenkach, wyciętych bluzkach lub klapkach. Widocznie nie wszędzie obowiązują ścisłe reguły ubioru, ale mimo wszystko czuję większą swobodę zmieniając ubranie na bardziej zakryte. Wokół świątyni są małe uliczki z domkami, w których mieszkają mnisi, inne mniejsze pawiloniki, a także altanki i ławeczki nad małymi stawami. Będąc w świątyni trafiłyśmy akurat na najazd wycieczki szkolnej, więc na zdjęciach roi się od mundurków:).
Drugą świątynią była Wat Suthat z niesamowitą wielkim posągiem Buddy (wiem wiem, jak zobaczę większe to dopiero będę pod wrażeniem). Tam zaproszono nas nawet, żebyśmy weszły do głównej sali i sobie posiedziały. Powiem wam, to jest dopiero odstresowujące po długim męczącym dniu w mieście z nieustającymi korkami i zgiełkiem – usiąść sobie w takiej świątyni, azjatycka muzyka gra cicho gra (takie plumkanie), Budda siedzi jak siedział, ludzie wokół też siedzą sobie w wyciszeniu. Naprawdę, chyba nie ma lepszego miasta niż Bangkok na takie miejsca oderwane od rzeczywistości.