Poszturchiwana życzliwie w stronę reaktywacji bloga miałam sporo wymówek, żeby tego nie robić – bo “nic się nie działo” (tak, wiem, zawsze się coś dzieje, po prostu moje lenistwo brykające w przestrzeni zaotrzewnowej skutecznie torpedowało moje zapędy pisarskie). Niemniej w końcu coś się naprawdę podziało i straciłam wymówkę (zwłaszcza że obiecałam już paru osobom opowieści, może zdrowiej dla mojego gardła będzie przelać to na klawiaturę). Tak więc niniejszym ogłaszam początek sezonu pisarskiego; liczę na to, że po wyczerpaniu bieżącego tematu będę łagodniej selekcjonować “dziejące się rzeczy”, żeby utrzymać jakąś przyzwoitą częstość wpisów.
A więc ad rem: ostatni weekend obfitował znacznie w wydarzenia, albowiem w ciągu trzech dni zaliczyłam trasę Kraków-Oslo-Kraków. Główny cel wyprawy należał do mniej przyjemnych, z gatunku tych, co to wymagają od Ciebie przelewania przez kilka godzin własnego potu, krwi i łez na kartkę papieru tylko po to, żeby naprodukowac jakieś potworki w barbarzyńskim języku (i do tego za własne pieniądze! hańba, powtarzam, ileż potrzebnych kobiecie paciorków/świecidełek/innych ekwiwalentów tegoż charakterystycznych dla XXI wieku można za to kupić!). No ale cóż, decyzja została podjęta wymuszając niejako motywację do dalszej edukacji – nic tak człowieka nie mobilizuje jak fakt, że wydał na coś ciężko zarobione pieniądze – i w końcu nadszedł weekend prawdy. Jakkolwiek nieco zestresowana, stwierdziłam, że należy z krótkiej wycieczki wycisnąć ile się da i przy okazji obejrzeć Oslo zimową porą, sprawdzając jednocześnie czy jest tak faktycznie tak zimno jak mówią (a mówili, że zimno).
Lot przebiegł pomyślnie, może z wyjątkiem małego zgrzytu – otóż mimo usilnych starań, żeby usiąść gdzieś daleko od wrzaskliwych dzieci, nie udało się. Kiedy już przed samym odlotem siedziałam ucieszona rozparta w siedzeniu, do samolotu wsiadła matka z dwójką pociech w wieku przedszkolnym i usiadła tuż za mną; niestety przewidywalne dialogi (“Chcę wyjrzeć przez okno!”, “Nie, bo ja siedzę przy oknie!”, “Mamoooo, on mnie nie chce puścić do okna!”) towarzyszyły mi przez całą drogę. Na szczęście poziom mojego stresu (to jest motywacji;)) pomógł mi wyciszyć te częstotliwości i dotrwać do lądowania.
Po wyjściu z samolotu dopadło mnie niespodziewane wrażenie bycia w cywilizowanym kraju. To znaczy – nigdy nie posądzałam Norwegii o brak cywilizacji, ale od ostatniej mojej wizyty tamże minęło już ponad dwa i pół roku, a znajomość norweskiego uległa od tego czasu znacznemu pogłębieniu. A więc bez problemu rozumiejąc napisy informacyjne i bez konieczności patrzenia na angielskie tłumaczenia czułam się “jak u siebie”. Podobnie nieśmiałe podejścia do komunikacji z tubylcami zakończyły się sukcesem, co znamiennie zwiększyło mój poziom optymizmu.
Tym, co zwróciło moją uwagę przy lotnisku, były hałdy odgarniętego śniegu, czy raczej powinnam powiedzieć, hałdziszcza. Jeszcze tydzień temu mróz w niektórych częściach Norwegii przekraczał -40′C, w Oslo -20′C, a większość pociągów jak jechała, tak stanęła w szczerym polu, tudzież jeździła z ogromnymi opóźnieniami (co utwierdziło mnie w opinii, że nie tylko u nas zdarzają sie takie rzeczy). Akurat w weekend moich odwiedzin było względnie ciepło (ok. -10′C), niemniej jadąc do Oslo miałam okazję podziwiać niesamowicie zaśnieżony krajobraz oraz zamarznięte strumyczki wody spływającej z pionowych skał – widoki iście narniowe.
Jako że dotarłam do Oslo już wieczorową porą, ograniczyłam zwiedzanie do ścisłego centrum i podreptałam powoli do G., która użyczyła mi miejsca na nocleg na ten weekend. Nie powiem, nie spodziewałam się że bedzie tam aż tak wesoło – otóż wieczorem zebrało się międzynarodowe towarzystwo (i tak, wszyscy tam nocowali!) – nasza gospodyni, czyli G., która Norweżką nie jest, ale mieszka w Oslo już prawie 20 lat, uwielbia spotykać nowych ludzi; naprawdę znam niewiele tak obezwładniająco sympatycznych i gościnnych osób. Co prawda ominęło mnie spotkanie z dziewczyną z Indonezji i parą z Turcji, którzy “nocowali wczoraj”, ale za to były L. i M. amerykańsko-francuska para (para dziewczyn – ha, wiem że teraz wszyscy przedstawiciele płci męskiej będą mi zazdrościć ;>), które w rozmowie przyznały, że chyba czeka je podwójne wesele, bo nie wiedzą czy urządzić je w Stanach, czy we Francji; był M. z Włoch którzy wyglądał jak muszkieter i który stwierdził, że dla moich pierniczków (przywiezionych w gości) mógłby zostać moim mężem, gdyby nie to ze już mam jednego
; byli w końcu A. i L. z Francji, którzy przyjechali w środku nocy, bo mieli spóźniony samolot. I co najbardziej niesamowite – spędziłam z tymi ludźmi niesamowicie miły wieczór, z pysznymi naleśnikami, maltańskim winem i wielojęzycznymi rozmowami na tematy wszelakie. Wspominając to wydarzenie z perspektywy tygodnia, to praktycznie w całości zasługa G., która swoją osobą wytwarzała tak ciepłą i pozytywną atmosferę, że wszyscy czuliśmy się jak dobrzy znajomi. Aż szkoda było kłaść się spać, a niestety musiałam, bo – służba nie drużba – czekał mnie ciężki dzień.
Parę zdjęć z dnia pierwszego, a w kolejnym wpisie ciąg dalszy (i ostatni) wycieczki.








































































